Koleżanki moich koleżanek…

….nie muszą być moimi koleżankami.

Mam kilka sprawdzonych i wiernych koleżanek. Różnią się bardzo. Z niektórymi zaprzyjaźniłam się chyba na zasadzie przyciągania się przeciwieństw. Charakterki to one mają. Bywają nieznośne, jako ja dla nich pewnie też bywam. Ale jest coś, co nas łączy, wieloletnia więź, zdolność do kompromisów, szczerość, a najważniejsze jest to, że możemy na siebie wzajemnie liczyć.

Moje koleżanki mają swoje koleżanki, których ja lubić już nie muszę. One z kolei moich koleżanek nie muszą akceptować.

Są okazje do wielostronnych spotkań.

Kiedy idę na imieniny do koleżanki Doroty wiem, ze będzie tam jej koleżanka Stella, której nie lubię, a nawet jej zachowanie mnie wkurza. Trudno, znoszę to z godnością. Kiedy na moich imprezach bywa Dorota musi konwersować z moimi kumpelkami, choć nie za wszystkimi przepada.

Kiedyś wydawało mi się, że skoro ja lubię Ewę i lubię Dorotę to Ewa z Dorotą też powinny się polubić. Nieprawda. 

Ostatnio odwiedziła mnie Ewa, a ponieważ mieszka daleko przyjechała na kilka dni. Zaprosiłam Dorote. Obie panie były dla siebie miłe nad wyraz. Dorota zaprosiła nas na kawę do siebie do domu następnego dnia. Ale rozmyśliła się i odwołała zaproszenie. Zrobiło mi się przykro. Po kilku dniach Dorota wyjaśniła, że wycofała się z zaproszenia, bo przemyślała sprawę i uznała, że to przecież ja a nie ona jest koleżanką Ewy. A takie zaproszenie może rodzić jakieś zobowiązania. Ona ma już dość „swoich” koleżanek. Może jest w tym trochę racji.

Z koleżankami też można się pokłócić, co nieczęsto mi się zdarza. Raz się zdarzyło. Koleżanka Wiktoria obraziła się na mnie, gdyż zbyt blisko, jej zdaniem, zakumplowałam się z jej partnerem. Zarzut był dla mnie kuriozalny, ale rozumiem, że kobiety bywają zazdrosne i zaborcze, jeśli w grę wchodzi męzczyzna. Kiedy pojawia się facet, kończy się „solidarność jajników” 🙂

Kiedy Wiktoria była na mnie obrażona a trwało to z rok unikałyśmy okazji do spotkań. Jednak kiedyś „moja” Dorota znalazła się w towarzystwie, gdzie brylowała Wiktoria. Oberwało się jej „za mnie”. Koleżanka obrażona na mnie spostponowała Dorotę bez powodu, za niewinność, a może jedyną jej winą było to, że nadal się ze mną przyjaźni. Teraz ja już dawno pogodziłam się z Wiktorią. Natomiast moja koleżanka Dorota nie potrafi Wiktorii zapomnieć tej niemiłej sytuacji. Próbowałam je przekonać, aby zasypały topór wojenny. Bo skutki tego sama ponoszę, kiedy zapraszam Wiktorię, nie mogę zaprosić Doroty i vice versa. Może w końcu uda mi się ich ze sobą pogodzić, co nie znaczy, że zmienią do siebie stosunek, nie muszą za sobą przepadać, ale niech się chociaż tolerują. No właśnie tolerancja to właściwe słowo.

Kiedyś wydawało mi się, że jest możliwe i naturalne (oj naiwna, naiwna) kolegowanie się z koleżankami koleżanek. Że w ten sposób powstaje taki fajny łańcuszek powiększający grono znajomych.

Koleżanka Dorotka zapoznała mnie ze swoją koleżanką Alą. Polubiłam Alę. Pomyślałam, że teraz zaproszę Dorotę i Alę razem do siebie. Zaprosiłam. Potem Ala chciała się zrewanżować. Pojechałyśmy z Dorotą i pocałowałyśmy klamkę. Widocznie kolegowanie się z Alą nie było mi pisane. Gdyby coś się wydarzyło ważnego, to wypadałoby uprzedzić, że zaproszenie jest nieaktualne. Wiem, co się wydarzyło, ale to tym bardziej skreśla Alę w moich oczach jako potencjalną koleżankę, bo otaczam się ludźmi odpowiedzialnymi. Dorota Ali wybaczyła, bo znają się od studiów i z niejednego pieca chleb razem jadły, ja wybaczyć mogę, ale kumplować się już nie zamierzam.

Kiedy koleżeństwo opiera się na jakiejś wspólnej bazie, czyli wielu latach różnych kolei losu i znajomości przywar drugiego człowieka, to łatwiej przejść do porządku dziennego nad trudnymi momentami. Natomiast kiedy znajomość jest w fazie początkowej i dopiero buduje się więź i zaufanie, wówczas lepiej wycofać się wcześniej i nie brnąć w znajomość z osobą nie z naszej bajki.

Kiedyś poznałam Basię, koleżankę Ewy podczas wspólnego wyjazdu. One mieszkały razem, ja mieszkałam sama. Doszło między nimi do scysji, drobnej, ale nieprzyjemnej, Basia popłakała się. Ja będąc świadkiem sytuacji przyznałam rację Basi, a nie swojej koleżance Ewie. Byłam obiektywna. Ewa wciąż nie może się z tym pogodzić i próbuje mi tłumaczyć swoje ówczesne zachowanie, przypominając szczegóły. I na poparcie swojej tezy przytacza inne zachowania Basi, które jej zdaniem nie były fair.

W takich sytuacjach włącza mi się czerwone światełko. Kiedy moja koleżanka mówi do mnie o swojej koleżance niezbyt dobrze, wtedy myślę, że jak będzie rozmawiać ze swoją koleżanką Basią, może o mnie też się wyrażać w sposób mało przychylny. Zapewne nie bez podstaw. Ale nie to jest istotne, bo nikt z nas nie jest przecież idealny. Mam awersje do słuchania złych opinii koleżanki o koleżance, w rozmowie z inną koleżanką. Kiedy masz coś powiedzieć złego, skrytykować, powiedz to w oczy, a nie mów osobie postronnej. Kiedy masz powiedzieć coś złego o swojej koleżance nie do niej, to lepiej ugryź się w język. Nie znoszę i nie praktykuję „obmawiana kogoś za plecami”.

Ostatnio usiadłam z koleżanką Dorotą i stwierdziłyśmy, że „starych” koleżanek nie ma sensu zmieniać, że nie warto się kłócić, obrażać z byle powodu. A nawet jak jest powód, to powiedzieć szczerze swoje zdanie, wybaczyć i kontynuować znajomość. Tyle lat, tyle wspomnień, tyle różnych życiowych zakrętów, tyle sekretów i upadków, tego nie da się przekreślić, to zawsze będzie nas łączyć. 

PS. Imiona koleżanek zostały zmienione 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s