Kobieca solidarność…

…zwana inaczej solidarnością jajników. Czy istnieje? W pewnych sytuacjach owszem. Kiedy kobiety walczą przeciwko jednemu „wrogowi”. Pod którym to słowem nie tylko ród męski się kryje, ale wiele innych spraw całkiem przyziemnych. Kobiety wspierają się w walce z nadwagą, cellulitem, menopauzą. Integrują się kobiety z dużym biustem, kobiety po rozwodach, samotne matki. Kto zrozumie lepiej kobietę niż druga kobieta? Mężczyźni? Oni są przecież z Marsa 😉

Jednak to właśnie mężczyźni i nasze kobiece z nimi przeprawy wywołują tę tytułową solidarność najmocniej. Według zasady „wszyscy faceci to świnie” kobiety utwierdzają się wzajemnie w owym przeświadczeniu.

Koleżankę Beatę rzucił mąż, poszedł do młodszej i sobie z nią pożył pół roku, wystarczyło, aby lepiej się poznać, wystarczyło, aby przejrzeć na oczy. Przejrzał, rozstał się z młodszym modelem i został sam jak palec w wynajętym mieszkanku. Pierwszy etap to rezygnacja i depresja, więc alkohol lał się strumieniami. Potem refleksja, że może jest szansa na powrót, że wcale tak źle mu z żoną nie było, a może nawet nadal ją kocha. A Beata już sobie zaczęła radzić sama. I podniosła się po szoku, jakim odejście mężulka było. Bo to dość mądra dziewczyna jest. I wie, gdzie szukać pomocy. Pogadała z psychologiem, ma wokół siebie mnóstwo życzliwych osób, które pomogły jej przez ten trudny okres przejść. Rola koleżanek w imię solidarności porzuconych żon była też przeogromna.

Aż tu nagle mąż Beaty dzwoni i mówi jedno zdanie, po którym się rozłącza: Beatko, chciałbym wrócić do domu. I teraz wkraczają niektóre koleżanki mojej koleżanki. Te tak bardzo wspierające ją w trudnym czasie porzucenia. Większość, do której ja nie należę, krzyczy „nigdy w życiu! tyle przez niego wycierpiałaś, niech sobie idzie, po co Ci ten facet, sama sobie świetnie radzisz”. No tak, ale z tym facetem to koleżanka tworzyła rodzinę przez wiele, wiele lat, to ten facet spłodził jej córkę, co prawda już dużą, ale … to tego faceta kochała bardzo. Wiele razem przeszli i dobrego, i złego, w zdrowiu i w chorobie.

Nie twierdzę, że Beata ma go teraz przyjąć. Nie zgodzę się jednak z poglądem, że jego ewentualnego powrotu nie powinna w ogóle brać pod uwagę, idąc tokiem rozumowania wielu jej koleżanek. Symptomatyczne, że najczęściej są one  rozwódkami, może więc w imię solidarności jajników chcą kolejną zabłąkaną owieczkę do swego grona przyciągnąć. Beata rozwodu nie ma. I niekoniecznie jest jej potrzebny, powrót męża do domu formalnie nic nie zmienia.

A co jeśli da mu szansę powrotu? Czy poradzi sobie np. z fizycznym obrzydzeniem, które teraz do niego czuje? Czy będzie potrafiła mu zaufać? Czy będzie w stanie szczerze z nim rozmawiać? Na te pytania musi sobie odpowiedzieć, na co potrzebuje czasu. a jej mąż musi zdać sobie sprawę, że przyniesienie walizki do domu nic jeszcze nie znaczy. On też musi być gotów mentalnie na próbę ognia. Bo łatwo nie będzie. A rany z dnia na dzień się nie zabliźnią.

Nie namawiam Beaty, aby zgodziła się na powrót męża ani dziś, ani jutro. Namawiam ją, aby taką możliwość rozważyła.

Według zasady, co nas nie zabije to wzmocni, może kryzys ich związku mieć walor oczyszczający. On już wie, jak to jest „zaszaleć z młodą”, zrozumiał, co jest w życiu ważne, najważniejsze. Ona też – próbując przez wiele miesięcy odpowiadać sobie na pytanie „dlaczego?” – wyciągnęła jakieś wnioski i zrozumiała, że cała wina nigdy nie leży po jednej ze stron, że zdrada jest w większości przypadków konsekwencją czegoś, co w związku szwankuje, czego być może zabrakło, a czegoś mogło być za dużo.

Wracając do tematu kobiecej solidarności, to w moim przekonaniu kończy się ona w momencie, kiedy między kobietami pojawia się mężczyzna, którym obie są zainteresowane. Mnóstwo znam historii, kiedy to koleżanka koleżance odbiera męża, narzeczonego, kochanka. Rywalizacja o samca jest silniejsza od owej solidarności jajników, o zwykłej lojalności nie wspomnę. Wymowna jest w tym kontekście historia małżeństwa Tomasza Lisa i przyjaźni jego żony Kingi Rusin z Hanna Smoktunowicz (obecnie Lis). Przyjaciółki tak bliskie, że Hanna świadkowała na ślubie Kingi. Obie panie mają córki. Jako matki, żony i gospodynie wspierały się każdego dnia, łączyły je również sprawy zawodowe. I jak to się stało, że dziś Hanna nosi nazwisko Lis? A Kinga została sama? I bez męża, i bez najbliższej przyjaciółki. Taka zdrada, jakby podwójna, boli chyba szczególnie. Są to oczywiście prywatne sprawy tych trzech osób, ale postronny obserwator oceniając fakty ma prawo wyciągać wnioski. Nawet jeśli w małżeństwie Tomasza i Kingi zaczęło źle się dziać, czy Hanna musiała stać się pocieszycielką Tomasza? No tak, ktoś powie, że to miłość… a ona wszystko tłumaczy, wszystko rozgrzesza. Nie jestem do końca zwolenniczką tej tezy. Ale niech będzie…

Pamiętam jak moja koleżanka Beata (ta sama, co teraz ma problemy z mężem) w czasach naszej młodości rywalizowała ze mną o względy pewnego …chłopca. Teraz śmiech mnie na wspomnienie tej sytuacji ogarnia, ale wtedy do śmiechu mi nie było, chyba nawet się na nią obraziłam. Rywalizacja między koleżankami może być bardzo silna. I między nami była. Beata nie mogła równać się ze mną w kwestii wyników w nauce i miałam wrażenie, że próbowała to sobie odbić na sprawach damsko-męskich. Poznałam ją z Krzyśkiem uprzedzając, że on mi się podoba. Kiedy zobaczyłam przejawy jej kokieterii wobec niego zaprotestowałam, czyli poprosiłam na słowo i zakomunikowałam, że mi to przeszkadza. Czy to coś dało? Nic. A mnie szlag trafiał. Koniec był taki, że Krzysiek sobie poszedł w siną dal, ale nasza przyjaźń zachwiała się. Oceniając tę sytuację z dystansu czasu wiem, że Beata po prostu taka była (i jest), znaczy kokieteryjna wobec wszystkich mężczyzn, a mnie zabolało, bo miałam nadzieję, że właśnie wobec tego jednego, „mojego zarezerwowanego” nie powinna taka być. Czyli powinna przestać być sobą? Chyba za dużo oczekiwałam. Z drugiej i chyba ważniejszej strony to przecież mężczyzna dokonuje wyboru. Może powinnam tę sytuację potraktować jako próbę dla niego, jako dowód, że nie jest mną prawdziwie zainteresowany, skoro z taką aprobatą przyjmował kokieterię Beaty. No cóż, wtedy inaczej na tę sprawę patrzyłam.

Moje dotychczasowe doświadczenia każą mi patrzeć na „solidarność jajników” z dużą dozą nieufności. Zapewne istnieje. We wszystkich dziedzinach, oprócz tej jednej, o której wspomniałam, a która jest wyjątkiem potwierdzającym regułę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s