Zdrada

Jedni potrafią zdradę wybaczyć, inni nie. Ale to nie znaczy, że ci pierwsi mniej czy bardziej kochają. To nie znaczy, że ci drudzy czują więcej czy mniej. Zapewne i jedni, i drudzy kochają, ale… inaczej. Wybaczanie jest trudną sztuką. Kiedy ktoś rani, świadomie, zdając sobie sprawę z bólu, jaki nam sprawia, czy można przejść nad tym do porządku dziennego?

Myślę, że clou problemu sprowadza się do tego, jak osoba zdradzona sama siebie traktuje, czy samą siebie darzy szacunkiem, czy samą siebie kocha. Bo niektórzy kochają partnera bardziej niż siebie, albo siebie nie kochają wcale, wówczas odejście obiektu ich miłości zabiera im wszystko, samoocene obniża do poziomu zerowego.

Zdrada i wybaczanie to problemy, których źródło tkwi w początkach związku, w jego fundamentach. Są pary, u których nigdy taki problem nie zaistnieje, po prostu. A w innych związkach stanowi on chleb powszedni. Przykładem takiego związku jest małżeństwo mojej znajomej Beaty.

Zdecydowała się przyjąć męża do domu. Twierdzi, że nie mogła pozwolić na to, aby ojciec jej dziecka „stoczył się”. Okazało się, że po kilku miesiącach zamieszkiwania z kochanką, urok prysł. Namiętnością nie dało się zapełnić lodówki. Proza życia. Problemy finansowe, ciągłe pretensje, wreszcie awantury pogrzebały ten „wielki romans”. I pan małżonek został sam jak palec w wynajmowanym mieszkanku. Pustka, opuszczenie, poczucie życiowej klęski. Praca i powrót do pustego mieszkania, alkohol na zapomnienie. Wychudł, zgarbił się, wrak człowieka. Beata nie pozostała obojętna. To chyba ludzki odruch, kiedy ktoś bliski przez ponad 20 lat osiąga życiowe dno? Najpierw zaproponowała, aby przychodził na obiady, a potem jakoś tak spontanicznie wyszło, że został raz na noc, potem drugi i w zasadzie nie było sensu nadal wynajmować mieszkania. Wrócił do domu. Mieszkają sami. Córka studiuje w innym mieście i wpada raz w miesiącu.

Czy Beata jest zadowolona? Bo o szczęściu nie ma chyba sensu mówić. Sprawia wrażenie uspokojonej, że koszmar się skończył. Może będzie próbowała wymazać z pamięci te miesiące, kiedy została sama jak palec, a dwie ulice dalej jej kochany mąż kochał się z inną kobietą. Miasto nieduże, wszyscy wszystko wiedzą. O tej historii też było głośno. Wiem, że takie cierpienie rozłożone w czasie nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ono siedzi w człowieku i wychodzi od czasu do czasu na światło dzienne jako gorycz, żal, niechęć, wstręt, a nawet nienawiść. Może Beacie wydaje się, że ta ostatnia nauczka zmieniła coś w mężu, że już nigdy nie zdradzi, że cena, jaką zapłacił będzie mu wciąż przypominać o skutkach romansowania. Może tak właśnie będzie. A może za jakiś czas, kiedy rany już się zabliźnią, on znów zapragnie odskoczni od monotonii małżeńskiego życia? Może on jest „genetycznie zaprogramowany na niewierność”, o ile coś takiego istnieje, bo ja mam poważne wątpliwości. Beata stworzyła sobie całą filozofię dla wytłumaczenia postępowania męża i jego skłonności do zdrady. Niekochany, odtrącony przez matkę, potrzebujący więc wciąż zainteresowania i podziwu kobiety, jeśli żona tej potrzeby nie zaspokoja, on szuka innych kobiet, które go dowartościują. Myślę, że my kobiety potrafimy być świetnymi psychoanalityczkami dla swoich „słabych” i błądzących partnerów, i wszystko jesteśmy w stanie uzasadnić. Mamusia nie kochała, tatuś pił i bił, etc. Szkoda, że dla samych siebie nie jesteśmy tak wyrozumiałe, że same sobie nie potrafimy zrobić porządnej psychoanalizy, z której wyszłoby być może jedno – to my mamy problem ignorując i wybaczając niewierność, złe traktowanie, obojętność, brak szacunku. Koncentrując się na partnerze czujemy się zwolnione z obowiązku stawiania SOBIE trudnych pytań, bo przecież on taki absorbujący, taki rozchwiany emocjonalnie, taką huśtawkę nastrojów potrafi nam dostarczyć, gdzie w tym rozgardiaszu miejsce dla NAS?

Nie chcę uogólniać, bo wiem, że są normalne, zdrowe małżeństwa, gdzie nie ma zdrad, gdzie partnerzy wspierają się i szanują, dają sobie wzajemnie wiele wolności, bo ufają i wierzą, że związek powinien wspierać budowanie własnego JA, a nie ograniczać go.

Związek, partner nie jest po to, aby zapewnić nam szczęście, związek jest po to, aby z naszych oddzielnych szczęść mogło się zrodzić inne wspólne szczęście. Związek to doświadczenie na drodze budowania własnego szczęścia. Jeśli mężczyzna przy boku oznacza szczęście, a jego brak nieszczęście, to znaczy, że uzależniamy własny los od widzimisię kogoś innego, zawieszamy się na nim, poświęcamy i wybaczamy, wszystko w imię tej iluzji, którą zwiemy miłością do partnera. Kiedy partner zdradza, oszukuje, niszczy nie przyjmujemy tego do wiadomości, lub tłumaczymy na tysiące sposobów po to, aby nie uznać, że bez niego jesteśmy NIKIM. Tak się czujemy. Ale czy w związku z nim nie czujemy się tak samo? Owszem tak samo, ale inaczej to odbieramy. Jesteśmy „nikim z kimś”, a bez niego stajemy twarzą w twarz z prawdą, że dopóki same nie zaczniemy siebie kochac, i siebie szanować, dopóty nikt inny nam tego nie okaże.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s