Szczęście…

Czasami proste prawdy trafiają do nas dopiero wtedy, kiedy zostaną wypowiedziane przez inne osoby. Nie musi to być ktoś, kogo darzymy jakąś szczególną sympatią. Nie musi to być autorytet. Każdy człowiek nosi w sobie jakąś prawdę, sztuką jest potrafić z prawdy innych czerpać dla siebie to co dobre, w ten sposób wzbogacamy siebie.

Ktoś powiedział, że jednym z warunków szczęścia są …żyjący rodzice.

W tym kontekście jestem szczęściarą.

Kiedy żyją nie doceniamy ich, nie okazujemy uczuć, albo robimy to zbyt rzadko. Mamy z rodzicami swoje rachunki krzywd, czegoś nam w dzieciństwie nie dali, i nie mam tu na myśli dóbr materialnych. Może tata lub mama nie potrafili wyrażać uczuć i zapewnili nam tzw. zimny chów, którego konsekwencje możemy odczuwać w relacjach z ludźmi, a zwłaszcza możemy mieć problemy z otwarciem się na innych, budowaniem prawdziwej bliskości.

Kiedy w dzieciństwie któreś z rodziców było obojętne, próbowaliśmy za wszelką cenę zdobyć ich miłość, ten brak, ta pustka ciąży nam potem przez całe życie. Można mieć całkiem poukładane życie, ale w środku nadal wieje pustką i nie wiemy, skąd ona się bierze.

Cóż to jest w takim razie szczęście?

Czytałam kiedyś, gdzieś w necie, wypowiedź kobiety dojrzałej, mieszkającej za granicą, mającej dobrego męża i dwójkę dzieci, dobrze wykształconej i sytuowanej, która co kilka dni siada w samotności i wypija dwie lub trzy butelki wina. To już jest uzależnienie, ale kobieta nie przyzna się do niego, nie pójdzie do AA, bo to zburzyłoby ten obraz świata jaki poukładała i w jakim żyje. Nie chce zmieniać status quo, a jednocześnie coś popycha ją w szpony nałogu. Cóż to może być? Ona sama nie wie tego. Pewnie pomoc psychologa wyciągnęłaby na światło dzienne jakieś traumy. Osobiście podejrzewam jakąś nie do końca uświadamianą traumę z dzieciństwa. I to naprawdę nie musi chodzić o ojca alkoholika, bicie, molestowanie etc. Problemy, z jakimi mamy do czynienia jako dziecko, mogą być z pozoru tak prozaiczne, że jako dorośli zapominamy o tym, co się zdarzyło. Dziewczynka, która zobaczyła „uprawianie seksu” przez wujka i ciocię przypadkiem i przybiegła z płaczem do mamy, przekonana, że robią coś strasznego, że np. sprawiają sobie ból, biją się, kiedy nie zostanie właściwie doinformowana, a przynajmniej uspokojona, może mieć w dorosłym życiu uraz do seksu. Słyszałam o takim przypadku.

Inne sytuacje z podobnej bajki to kiedy jedno z rodzeństwa bywa faworyzowanie, albo kiedy musi na każdym kroku ustępować, bo brat czy siostra są młodsi, słabsi, chorowici, etc. każdy powód jest dobry, aby poczuć się niewystarczająco dobrym, aby to zachwiało naszym poczuciem własnej wartości.

Podobnych przypadków może być całe mnóstwo. Coś, co dla jednego jest nic nie znaczącym epizodem, dla kogoś innego może być przysłowiowym końcem świata. Dlatego jestem w stanie zrozumieć ludzi, takich jak wspomniana kobieta popijająca wino w samotności. Niewiadomą jest źródło cierpienia, niezadowolenia, które może uśmierzyć w jej przypadku alkohol. A może nie ma jakiejś wyraźniej przyczyny, jest nałóg, do którego ma się jakieś, być może nawet genetyczne, predyspozycje. I trudno określić moment kiedy to wieczorne popijanie i relaksacyjne działanie wina przeistoczyło się w coś, nad czym nie sposób już zapanować.. Czy uda jej się wyrwać z tego zamkniętego kręgu, w którym tkwi? Pierwszy krok już uczyniła przyznając się do nałogu i cierpienia z tego powodu. Zrobiła to co prawda anonimowo, ale to już jakiś kroczek, na zasadzie kropla drąży skałę….

Cóż to jest w takim razie szczęście?

Czy ta kobieta jest szczęśliwa? Skoro pije, to znaczy, że nie jest szczęśliwa, że coś ją dręczy.

Zapewne otoczenie, w którym żyje jest przekonane, że właśnie ona MUSI być szczęśliwa. Bo przecież wszystko ma. No właśnie, musieć być szczęśliwym, umieć odgrywać rolę szczęśliwej. A późnym wieczorem, kiedy dzieci już śpią, a mąż w delegacji, kobieta otwiera butelkę wina i wtedy ma spokój. Czuje się wolna. Znika napięcie, emocje i zmęczenie. Nie ma już żadnych uczuć. Jest tylko ona i świat jej wyobrażeń. W tym świecie jest inaczej, jakoś pełniej, a na pewno szczerzej.

Ale to nie jest rzeczywistość, ona stoi obok i każe uśmiechać się i pokazywać całemu światu swoje „szczęście”. A „mała dziewczynka”, ta w środku, wciąż płacze i nikt nie jest w stanie jej utulić. Lampka wina i już nie ma napięcia i emocji, nie ma myśli o różnych drobiazgach, na które składa się obrazek jej „szczęścia na pokaz”.

Filozofia, że szczęściem jest brak nieszczęścia brzmi dość przekonywująco, i w zasadzie można się z tym zgodzić, gdyby nie jakaś taka wewnętrzna niezgoda w człowieku na ten swoisty minimalizm. To naturalne, że chcemy mocniej coś poczuć, że chcemy zdobyć wyższy szczyt, że wciąż sprawdzamy działanie różnych sposobów zdobycia szczęścia. Uznajemy bowiem, że to szczęście trzeba zdobyć, że ono jest czymś na zewnątrz, gdzieś tam daleko, ale my będziemy do niego dążyć, i każdy dzień będzie nas ku niemu przybliżał.

Kiedy już obejdziemy świat wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu szczęścia, i wrócimy do domu, gdzie stara matka ugotuje nam ulubioną zupę, stwierdzamy, że nie szukaliśmy szczęścia tam, gdzie ono cały czas było. Że prawie całe życie uciekaliśmy od szczęścia i trochę żal, że zrozumieliśmy to tak późno. Ale lepiej późno niż wcale… nieprawdaż ?

Cóż to jest w takim razie szczęście?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s