Nie wyśpiewam mej miłości…

Niech nie wie co się dzieje
I nieświadoma swej piękności
Niech w myślach mych pięknieje (…)

Zebrało mi się na wspomnienia, to chyba ta deszczowa pogoda za oknem tak nastraja nostalgicznie 🙂
Przypomniałam sobie o moich pierwszych „miłościach”, a właściwie jednej dość szczególnej. 

Po raz pierwszy zakochałam się w wieku 7 lat, a więc dość późno 😉

Miał na imię Krzysiek. Zauważyłam go już w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Najładniejszy chłopak w szkole. „Związek” trwał tylko cztery lata, bo rodzina mojego „narzeczonego” zmieniła miejsce zamieszkania, a on sam też siłą rzeczy zmienił szkołę. Nie pamiętam, czy rozpaczałam z tego powodu. Może na początku, a potem już przyzwyczaiłam się do …samotności 😉

Kolejna miłość była już …poważniejsza, ale z tych idealistycznych. Przygotowała mnie do niej lektura książek, oglądanie filmów, z tego wszystkiego narodził się „romantyczny bohater”, którego miałabym pokochać. Moim ideałem z lektur był Martin Eden (Jacka Londona). Nie miałam szczęścia być córeczką tatusia, tata nie stanowił dla mnie autorytetu, oparcia, punktu odniesienia itp. Dlatego mój obiekt westchnień miał również uosabiać w jakimś sensie tatusia – czułego opiekuna, którego brak odczuwałam. A któż do roli takiego obiektu nadaje się najlepiej jak nie nauczyciel? Jasne, obiekt idealny! Wyboru dużego nie miałam, bo w szkole podstawowej głównie nauczycielki, jedynie dwóch względnie młodych mężczyzn. Jeden odpadł od razu, bo mi się nie podobał zewnętrznie. Kurcze od dzieciństwa zwracałam uwagę na urodę, chyba z tym przesadzałam, bo mi ta tendencja na długo została… i lgnęłam do takich czarusiów nawet na studiach. Później też, ech..

Ja się zwyczajnie w moim profesorze od historii i w-f zakochałam. No może nie tak zwyczajnie, bo miłością platoniczną, oczywiście. Skoro miałam 14-15 lat, to innych opcji jeszcze nie znałam. Muszę przyznać, że pan podsycał moje zainteresowanie swoją osobą. Lubił mnie bardzo i na każdym kroku dawał mi to odczuć. Ostatecznie znakomicie się uczyłam, prymuska, o tym, że poetka i śpiewaczka nie wspomnę 🙂

Byłam jego pupilką i dobrze się w tej roli czułam. Aha, zapomniałam o pewnym „drobiazgu”, otóż pan profesor miał żonę, która również była nauczycielką w mojej szkole. Ale nie miało to dla mnie znaczenia, bo moja miłość miała pozostać niewyznana, a o skonsumowaniu jej nie wspomnę. I żyliśmy sobie jak pączki w maśle przez jeden i drugi roczek w szkole, aż nadeszła ostatnia klasa, ostatnie półrocze, po którym trzeba będzie się rozstać 😦

Zdawałam sobie z tego sprawę, że wraz z opuszczeniem szkoły, opuszczę też „miłość swojego życia” i cierpiałam skrycie z tego powodu. Pamiętam, że ostatnia nasza wiosna obfitowała w wiele wycieczek, na jedną z nich pojechał on. Było super. Podczas podróży powrotnej autokarem siedzieliśmy blisko. W żartobliwej atmosferze zaczęliśmy grać w tzw. flirt (to takie karty z pytaniami). Nie jedyni, moja koleżanka też się w to bawiła, ale z kolegą, a nie nauczycielem. Wśród pytań na kartach były różne „niepoważne”. Nie miało to znaczenia, wszystko było przecież zabawą. Cudowną, ale jednak zabawą. Przynajmniej  – jak się później okazało – dla mnie. W pewnym momencie treść tych pytań przestała być dla nas wystarczająca i zaczęliśmy sobie pisać pytania na karteczce.

Jedno z moich pytań, które dokładnie pamiętam do dziś brzmiało:

Czy kochasz swoją żonę?

Nieźle? Uczennica, 15 latka zadaje takie pytania żonatemu nauczycielowi! Nie wiem, skąd tyle odwagi, wręcz tupetu mi się wzięło. Dla jasności – nic nie piłam. Może on coś wypił i dlatego nie przerwał tej „zabawy” wcześniej.

W każdym razie na moje kuriozalne pytanie odpisał w sposób następujący:

Jedna jest tylko odpowiedź.

No i super. Dyplomatycznie. Wymijająco.

Pamiętam też, że jedno z ostatnich pytań i odpowiedzi sprowadzało się do naszego ewentualnego spotkania (w sensie jakiejś randki chyba?).

Wszystko, co dobre szybko się kończy. Wróciliśmy z wycieczki. Ja tę karteczkę z pytaniami zachowałam (przechowywałam ją potem wiele lat). Następny dzień po wycieczce. Biegłam z radością do szkoły, bo wiedziałam, że GO zobaczę. To mi w zupełności wystarczało, bo moja „miłość niewyśpiewana …piękniała mi w myślach”.

Nie miałam tego dnia z nim zajęć. Nie wiedziałam więc, czy w ogóle gdzieś na korytarzu natknę się na niego i uśmiechnę na wspomnienie naszej „tajemnicy” z wycieczki. Chodziło mi o te teksty, które sobie pisaliśmy na karteczce, a których treść była dość odważna, ale dla mnie jednocześnie niepoważna.

Pan opiekował się również drużyną harcerską, a ja aktywnie w tej drużynie jako zastępowa działałam. Podczas zajęć z chemii ktoś wszedł do klasy i zwrócił się do nauczycielki z prośbą od mojego nauczyciela. Okazało się, że chciał, aby wszyscy zastępowi zeszli do jego gabinetu, każda osoba po kolei, oddzielnie. Jak sobie o tym przypomnę to mi się z filmem Polańskiego „Tess” kojarzy, kiedy to jeden z bohaterów musiał przenieść przez rzekę (strumyk?) dwie lub trzy dziewczyny, aby móc przenieść tę jedną jedyną (Nastassje Kinski).

Nadeszła moja kolej. Poszłam. Rozmawialiśmy o różnych sprawach. Najmniej o harcerskich. Pytał mnie, jaką szkołę średnią wybieram, i co w ogóle chcę robić w przyszłości. Było miło. Do momentu kiedy nie padło z jego strony pytanie:

– I co będzie z naszym spotkaniem?

– Jakim spotkaniem? – udałam, że nic nie rozumiem, choć domyślałam się, że chodziło mu o zakończenie naszego „flirtu”, naszej pisaniny z poprzedniego dnia. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że on mógł potraktować to poważnie, że w ogóle może być jakiś dalszy ciąg. Zaszufladkowałam to jako „piękne, bo niemożliwe”. A on wyskakuje z takim tekstem?!

I co odpowiedziałam?

– Przecież to były żarty!

– Żarty? – zapytał, stwierdził, skończył. Kazał mi wyjść.

I w ten oto sposób moja wielka miłość się skończyła.. Byłam tak młoda, ale na tyle dojrzała, aby wiedzieć, co jest zabawą, a co nią nie jest. Nie sądziłam, że on może inaczej na to patrzeć. A jednak pomyliłam się.

Dowodem na to były te ostatnie dwa miesiące, jakie w szkole podstawowej spędziłam. On zmienił diametralnie swój stosunek do mnie. Nie było to ignorowanie, to było coś więcej, choć słowa nienawiść bym nie użyła. Z pupilki stałam się dla niego „najgorsza”. Nie mógł mi zaszkodzić ocenami, było już za późno, większość ocen została wystawiona. Poza tym za dobra i ambitna byłam, aby ten rodzaj zemsty był skuteczny. Ale wiele jego zachowań wyraźnie wskazywało na antypatię, jaką zaczął mnie darzyć.

Kompletnie tego nie rozumiałam. Chyba mocno cierpiałam. Nie pamiętam, może wyparłam to, a za dużo czasu minęło, abym mogła się do tych emocji dogrzebać. Chyba. Teraz myślę – może ucierpiała jego urażona miłość własna? Może on miał jakieś pedofilskie skłonności. Miałam 15 lat. Dziecko? Nastolatka?

Już więcej go nie spotkałam. Kiedyś dotarły do mnie plotki o jego romansie z uczennicą. Prawda czy nieprawda? Może miał w tym kierunku inklinacje? Może.

A mnie pozostały wspomnienia, słodko – gorzkie, bo takie bywają miłości, nawet te dziecinne, niewypowiedziane i niespełnione….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s