Joga czyli coś dla mnie

Spędzam w pracy 8-10 godzin dziennie, podczas których najczęściej siedzę przy komputerze. Bóle kręgosłupa, zwłaszcza w odcinku szyjnym to mój chleb powszedni. Wszelkie rehabilitacje nie przynosiły większych efektów. Może człowiek powinien sam siebie rehabilitować, czyli ćwiczyć ciało? Kto zna nas lepiej niż my sami, a więc i rehabilitować możemy się skuteczniej? Idąc tym tokiem rozumowania całkiem niedawno postanowiłam wzmocnić mięśnie kręgosłupa (i nie tylko) jakąś formą aktywności fizycznej. Najlepsze byłoby pływanie, ale w moim przypadku odpada. Inne „sporty” ćwiczyłam, ale determinacji wystarczało mi na krótko. Przed rokiem zainteresowałam się nordic walking, chodziłam nawet na zajęcia pod okiem instruktora. Jednak takie spacerowanie wydało mi się … nudne. Zrezygnowałam.

Szukałam dalej formy aktywności fizycznej dla siebie właściwej i czułam, że to może być joga. Wcześniej chodziłam na callaneticsy i pilatesy, po jakimś czasie albo zniechęcałam się albo zmieniano miejsce zajęć, a mnie było „nie po drodze”.

Obecnie chodzę na zajęcia jogi, dwa razy w tygodniu, a mogłabym codziennie, bo mój karnet do tego upoważnia. Nie dałabym jednak rady robić tego częściej, nie tylko czasowo bym nie wyrobiła, ale fizycznie. Nie jestem jeszcze dostatecznie … rozciągnięta, aczkolwiek po dwóch miesiącach jest już całkiem nieźle. Niedawno zrobiłam sobie serie zajęć trzy dni z rzędu i potem chodziłam trochę obolała.

Od kiełkującego w głowie pomysłu do jego realizacji jest droga daleka. Hasło jogi rzucił mój znajomy masażysta i to on polecił mi konkretną szkołę jogi. Wybór w większych miastach jest naprawdę duży. Ja miałam ułatwione zadanie, bo wiedziałam gdzie się udać. Kilka tygodni trwało zanim doszłam pod wskazany adres. Miła pani z recepcji zwracająca się od razu po imieniu pokazała mi pomieszczenia, wyjaśniła wątpliwości. Spodobało mi się i postanowiłam od następnego tygodnia zacząć. Na pierwsze zajęcia szłam z duszą na ramieniu, a jak oceniłam średnią wieku uczestników to lekko się przestraszyłam. Dominuje młodzież 20-30 letnia. Osoby w okolicach 50-tki to rodzynki. A może starsze osoby przychodzą na inne niż ja godziny? Nieistotne. Zaryzykowałam i daję radę. Nie odstaję jakoś szczególnie od reszty, choć niektóre ćwiczenia są na razie dla mnie zbyt trudne.

Znajomy namawia mnie, abym zaczęła ćwiczyć w domu. Niestety, do tego jeszcze nie dojrzałam, co nie znaczy, że nie zamierzam próbować.

Co daje mi joga?

Oderwanie od rzeczywistości. To najlepsza forma „odlotu”, wyłączenia się, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Kiedy staję boso na macie jest tylko moje ciało, głos instruktora i ćwiczenia. Nic więcej nie istnieje.

Odpoczywam psychicznie, ale też fizycznie, bo sporo ćwiczeń ma charakter relaksacyjny. Zdarza mi się jednak spocić z wysiłku.

Satysfakcja z przełamania słabości i wrodzonego lenistwa. Jakże często nie chce mi się jechać na ćwiczenia. Jest tyle zajęć, które nie wymagają żadnego wysiłku, np. oglądanie tv. Jednak mobilizuje się, po prostu narzucam sobie dyscyplinę i trzymam się ustalonego przez samą siebie grafika zajęć. Nie ma zmiłuj. Jadę i ćwiczę. Kiedy wracam po zajęciach do domu moje samopoczucie jest znakomite, no i duma mnie rozpiera, że …zwyciężyłam, pokonałam samą siebie 😉

Nauczyciele jogi w mojej szkole są fajni. Na razie miałam przyjemność ćwiczyć pod kierunkiem trzech. Każdy jest inny, niepowtarzalny. Każdy preferuje określony zestaw ćwiczeń, chociaż wciąż bywam zaskakiwana nowymi pozycjami i pewnie jeszcze nie raz zetknę się z czymś nieznanym. I to mnie w zajęciach jogi kręci, czyli nieprzewidywalność. Kiedy zajęcia prowadzi Adam nigdy nie wiemy, co nas czeka – na jakich częściach ciała będziemy się konkretnego dnia koncentrować. Są dni, kiedy czuję się jak „dętka”, a wychodzę z zajęć jestem napompowana energią.

Joga to też filozofia, medytacja. Dla mnie ten aspekt jogi jeszcze nie istnieje. Czytam książkę na ten temat, aby mieć jakieś pojęcie, ale na razie cieszę się tym, co mam i jak dziś się czuję. Nic nie będę przyśpieszać, bo nie muszę.

Na koniec każdych zajęć ćwiczymy Savasanę – pozycję  trupa. Jak nietrudno się domyślić nie wymaga ona żadnego wysiłku, spędzamy w ten sposób kilka minut w kompletnej ciszy. Kiedyś taką ciszę przerwał odgłos potężnego chrapania. Chłopak totalnie odpłynął.

Niektóre twarze ćwiczących już znam, z niektórymi dane mi było zamienić kilka słów. Dominują dziewczęta. Zajęcia odbywają się w ciszy, nie licząc głosu instruktora. To też ważne, bo w codziennym życiu wciąż coś nam w uszach gra.

Zastanawiam się czasami, w jakim stopniu ćwiczenia wpływają na moją sylwetkę i czy wpływają: na sposób poruszania się, na moje kształty. Faktem jest, że co do kształtów to mam sobie coraz mniej do zarzucenia. Niewiele mi już zostało nadprogramowej tkanki tłuszczowej, co jest głównie efektem zmiany sposobu odżywiania, jaki praktykuje od kilku miesięcy. Zasługą jogi jest chyba głównie poczucie większej integracji z własnym ciałem, jakkolwiek dziwacznie to brzmi – właśnie takie odnoszę wrażenie, że mam większą świadomość istnienia mojego ciała 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s