Presja czasu

Zanim osiągnęłam swój …nobliwy wiek, czyli 50-tkę odczuwałam mocno presję upływającego czasu. Jak to się objawiało? Chyba głównie niecierpliwością i jakimś lękiem, że nie zdążę…(wpisać cokolwiek). Chciałam „już i teraz”, uznając, że życie jest za krótkie, aby marnować je na czcze dywagacje, że zmarnowałam już wystarczająco dużo czasu np. na zastanawianie się, co wypada, a co nie wypada. Odnosiło się to do wielu kwestii, również do spraw damsko-męskich. Chciałam „coś” przeżyć … uznając, że samo przeżycie jako doświadczenie jest cenne. Problem w tym, że w tym przeżywaniu można zacząć rozmieniać się na drobne. Przychodzi taka chwila, kiedy każda nowa znajomość jest podobna do starej, wszystko przebiega według pewnego scenariusza i zgodnie z tym scenariuszem kończy się. W ostatnim 10-leciu wszystkie moje związki, nie związki kończyły się nie tyle z mojej inicjatywy, ile bez mojego sprzeciwu, o walce nie wspominając. Nic nie poradzę na to, że walczyć o mężczyznę to ja nie potrafię, nie chcę i nie mam zamiaru. Czym innym jest starać się, to akurat robię, kiedy mi zależy, aczkolwiek tylko do czasu, kiedy nie uznam, że druga strona nie jest tak zainteresowana jak ja, a przynajmniej sprawia takie wrażenie.

Właśnie tak jest z Darkiem. Wrzuciłam na luz i dobrze mi z tym. Jego zapowiedziany przyjazd w październiku cieszy mnie, ale nie … podniecam się tym szczególnie. Chciałam, aby ta relacja była bliższa i intensywniejsza, ale tego muszą chcieć dwie strony. I po raz kolejny sprawdza się powiedzenie – „bo cały w tym ambaras, aby dwoje chciało na raz”. Zdaję sobie sprawę z tego, że on jeszcze tkwi w traumie porozwodowej, że sporo jeszcze czasu musi upłynąć, aby otworzył się na coś nowego. Nie jest powiedziane, że tym „nowym” mam być akurat ja. Bywa tak, że niespodziewanie pojawia się ktoś właściwy, we właściwym miejscu i momencie. Może tak się zdarzyć i mnie, i Darkowi.

Wracając do presji upływającego czasu odpuściłam, pogodziłam się, wyluzowałam. Nie mam wpływu na to, że z każdym dniem jestem starsza. Mam wpływ na to, jak się czuję, jak patrzę na świat, jakie mam relacje z ludźmi. Mam czasem wrażenie, że jako 50-latka jestem szczęśliwsza niż byłam jako 30-latka, 40-latka. Tak mi się wydaje, że żyję jakoś prawdziwiej, jestem bardziej świadoma siebie. Uporałam się z różnymi demonami, które utrudniały mi życie, które ciągnęły mnie w dół. Jeszcze wiele rzeczy w moim życiu zgrzyta, jeszcze sobie z wieloma „złymi myślami” nie radzę, jeszcze sporo dobrych rzeczy potrafię jedynie planować, ale … nie uprawiam już autokrytykanctwa, jestem dla siebie bardziej wyrozumiała. Sporo rzeczy udało mi się zrobić, więc to, co jeszcze się nie udało pewnie musi trochę poczekać, nabrać mocy. Może to jeszcze nie ten moment, skoro brak mi determinacji. Jestem dla siebie lepsza. „Kochać siebie samego to początek romansu na całe życie” – jak rzekł Oscar Wilde.

Faktem jest, że chciałabym mieć przyjaciela, towarzysza życia, kogoś bliskiego sercu płci męskiej. Nie mam pojęcia, czy chciałabym z nim mieszkać, a tym bardziej nie wiem, czy chciałabym się z nim związać jakimś węzłem. Tego się nie wie dopóki nie przyjdzie moment, kiedy już się wie, bo ktoś się pojawia i pojawiają się realnie takie pytania. Dopóki nikogo nie ma to nie ma sensu zastanawiać się, czy ja bym jeszcze mogła być z kimś na co dzień. Może tak, a może nie.

Mieszkanie w pojedynkę ma wiele zalet, bycie singlem też ma zalety, ale czasami dotkliwiej odczuwamy wady tego stanu. Zdałam sobie sprawę z tych wad, kiedy rozpatrywałam kwestię ewentualnego urlopowego wyjazdu. Nie lubię sama wyjeżdżać. Ja w ogóle nie lubię wyjeżdżać. Jedną z przyczyn tego nielubienia jest zwyczajny brak odpowiedniego towarzystwa, a może raczej towarzysza.

W swoich czterech ścianach nie czuję się tak samotna jak na wyjeździe. Nowe miejsce, nowe otoczenie samo w sobie rodzi jakieś wyobcowanie, trzeba trochę czasu, aby się z nowym otoczeniem oswoić. Nie wyobrażam sobie zwiedzania w samotności, kiedy nie ma się z kim podzielić wrażeniami.

Skoro już stwierdziłam, że chciałabym mieć jakiegoś mężczyznę obok, cokolwiek to miałoby znaczyć, to dobrze byłoby podjąć jakieś kroki w celu jego zauważenia, albo dania mu szansy zauważenia mnie. Chodzę ulicami mego miasta bez szyldu „jestem wolna, czekam na propozycję”. Obracam się w różnym towarzystwie, jestem aktywna i widzę, że poznawanie nowych ludzi w tzw. realu jest bardzo trudne. A spotkanie kompatybilnego mężczyzny graniczy z cudem. Wspominałam kiedyś na blogu o koleżance, która została „poderwana” w autobusie. Okazało się, że pan jest znany w świecie wirtualnym jako notoryczny podrywacz. Koleżanka nie miała jednak możliwości go zdemaskować, bo po jednym telefonie już nie dał znaku życia.

Nie mogę narzekać na brak powodzenia, problem w tym, że panowie obsypujący mnie komplementami mają w domu żony. Jeden twierdzi, że jest w separacji, co może jest prawdą, a może nie jest. Nie mam jednak częstych okazji, aby go zdiagnozować, bo pojawia się i znika. Jak dorosły mężczyzna może napisać smsa z pytaniem: czy może zadzwonić po 16.00, a potem nie tylko nie zadzwonić, a nawet zamilknąć na miesiąc. Ręce czasami człowiekowi (kobiecie) opadają. Drugi absztyfikant proponuje spotkanie wtedy, kiedy mu pasuje, a na domiar złego proponuje spotkanie … u mnie. To ostatnie mogłabym przeżyć, ale nie znoszę, kiedy na moją propozycję terminu spotkania dostaję odpowiedź po tym terminie. No i obraziłam się. A facet nie ma odwagi zadzwonić i przeprosić tylko sonduje mnie smsami, czym jeszcze bardziej mnie wkurza.

Czasem myślę, że może ja już się nie nadaję do życia z kimś, do bycia z kimś, a może nawet do spotykania się z kimś? Może za bardzo się wszystkiego czepiam? Może jestem zbyt rygorystyczna? Może…

Jeśli tak jest w rzeczywistości to pewnie nie znajdę MMŻ, o ile takowy gdzieś istnieje.

Młodsza koleżanka randkowiczka namawia mnie na założenie anonsu na jakimś portalu. Wciąż sceptycznie do tego podchodzę, ale myślę, że za kilka lat to już kompletnie taki pomysł bym odrzuciła. A teraz? Może to jest jeszcze ten czas, aby spróbować, pomimo zastrzeżeń i wątpliwości, pomimo słabej wiary.

Kiedy rozmawiam z koleżanką rówieśniczką o naszym nobliwym wieku i zdarza mi się narzekać na „starość”, koleżanka sugeruje, abym pomyślała, co będzie za rok, dwa, pięć czy dziesięć. Będziemy jeszcze starsze. Czy to nie znaczy, że teraz jesteśmy młode (młodsze)? Jasne, że TAK. I tego staram się trzymać.

No cóż, przestałam odczuwać presję upływającego czasu, ale często konstatuje jak on szybko płynie i staram się wykorzystać go najlepiej jak się da. Aby go dobrze wykorzystać przydałoby się od czasu do czasu jakieś fajne towarzystwo, również płci męskiej. Za takim towarzystwem zamierzam się więc rozglądać, i w realu, i w świecie wirtualnym. No chyba że przyjedzie Darek i padnie przede mną na kolana proponując związek na dobre i na złe… nie wierze. Ale ciekawe, co ja bym wtedy zrobiła, to byłby dopiero problem 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s