To „coś”

Każdy wie, co to jest, ale nikt tego zdefiniować nie potrafi. Każdy kiedyś to czuł, ale co to konkretnie było, to jakoś trudno sobie przypomnieć. Facet miał to „coś” i już…

Widzisz dwie osoby płci przeciwnej stojące przed Tobą, obie znasz lepiej lub gorzej, obserwujesz i wiesz, że jedna ma to „coś”, a druga nie ma. I to wcale nie znaczy, że to „coś” z urody się bierze. Z niczego też się nie bierze. Chyba bierze się z Ciebie i z tej osoby i dopiero w zderzeniu waszych umysłów (o ciałach nie wspomnę) to „coś” się rodzi. Bo nie ma tego czegoś uniwersalnego. Ono samo istnieć nie może, dopiero gdy ktoś je zobaczy i wydobędzie na światło dzienne i połączy z nim swoje „coś”, wtedy mamy… no właśnie co? Miłość? Oczarowanie? Rażenie piorunem? Olśnienie? Złudzenie? Moim zdaniem miłości bez tego „coś” być nie może, ale to „coś” i bez miłości (na którą więcej czasu trzeba) też świetnie sobie radzi.

Wiele widziałam związków, w którym partnerzy wyglądali obiektywnie … inaczej, różnica była widoczna na pierwszy rzut oka. Ona piękna, on brzydki. On przystojny, ona szara myszka. To dowód, że w miłości wygląd nie ma większego znaczenia.

Nie można jednak zaprzeczyć, że najpierw oceniamy wygląd, wiele czasu trzeba, aby dokopać się do tych cech, które wzbudzają w nas pozytywne uczucia. Problem w tym, żeby w ogóle chciało się człowiekowi dokopywać, a więc inwestować swój czas i zaangażowanie. Bez tego „coś” rezygnujemy. Myślę, że to „coś” dostrzegamy natychmiast i to ono powoduje, że nam się chce więcej czasu z tą osobą spędzać, to „coś” nas przyciąga do drugiej osoby w sposób nawet irracjonalny. Co to jest to „coś”? Dla każdego coś innego. Dla mnie na pewno silna osobowość. Ale i pod tym słowem dla każdego wiele różnych cech się kryje. Jakbym zaczęła opisywać osobę, która ma – według mnie – silną osobowość sporo by to miejsca zajęło. Bo to „coś” to wcale proste nie jest. Pamiętam swoje oczarowanie kolegą z pracy, łysym i dość nieciekawym zewnętrznie, a na domiar złego żonatym. Pamiętam te „motylki w brzuchu”, które czułam gdy był blisko i smutek, kiedy wyjeżdżał. Myślałam o nim tak często, że w końcu całe moje życie wokół jego osoby się kręciło. Efektem był niewinny flirt (na szczęście), dzięki czemu możemy przyjaźnić się do tej pory. Lubię go, ale dziś, kiedy go spotykam, pytam siebie – co ja w nim widziałam? Na pewno nie miało to nic wspólnego z wyglądem, bo ten niewiele się od tamtego czasu zmienił. Miało to zapewne związek z jego cechami charakteru, które mi imponowały. Ale to też nie tłumaczy tych „motylków w brzuchu”. Gdzie tkwi głębsza przyczyna? Chyba we mnie. Ja sobie wykreowałam ten obiekt moich westchnień, był mi wtedy potrzeby ktoś, kto emocjonalnie zapełni pustkę, jaką zostawił ktoś inny. Jak się chce to zracjonalizować to można powiedzieć, że ktoś trafia w nasze zapotrzebowanie. Ktoś, kto idealnie wpasowuje się w to puste miejsce. Jeśli ostatni związek był trudny, czy toksyczny to wielce prawdopodobne, że obiekt westchnień będzie „nieosiągalny”, co najczęściej znaczy, że żonaty.

Wygląd nie jest najważniejszy, musi być to „coś”. I to jest prawda niezaprzeczalna. Ale to nasze „coś” musi trafić na to samo po drugiej stronie, tak aby jedna melodia z naszych dwóch instrumentów zabrzmiała. Zdarza się niestety tak, że my widzimy „coś” u kogoś, a ten ktoś u nas nic nie dostrzega, a przynajmniej nie tyle, ile byśmy chcieli. Zdarza się, że jedno „coś” wystarczy dla dwojga. „Jak być kochaną” jeśli ktoś oglądał to rozumie. „Miłość w czasach zarazy” jeśli ktoś czytał, też wie o co chodzi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s