Chwile słabości

Namówiłam kolegę na praktykowanie jogi. Narzekał często na bóle kręgosłupa, na brak energii, i szukał inspiracji, jak sobie pomóc. Zaczął od rehabilitacji, a potem pod wpływem moich sugestii postanowił ćwiczyć asany. „Woził się” z tematem jogi kilka miesięcy. Przy okazji każdej naszej rozmowy pytał mnie – jak tam moje ćwiczenia?

Wreszcie zapisał się do szkoły blisko swojego osiedla, choć namawiałam go na „moją” placówkę. Po pierwszych zajęciach dzwonił z entuzjazmem w głosie, łatwo nie było, ale stwierdził, że to jest właśnie forma aktywności dla niego najlepsza.

Wczoraj dzwoni i mówi, że ruszać się nie może po ostatnich (notabene dopiero trzecich) zajęciach. Pyta mnie znów, czy też czułam zmęczenie, ból, zniechęcenie. Czułam, oczywiście, wiele razy. Zdarzało mi się i tak, że łzy napływały do oczu z wysiłku, z bólu, etc. Ale jakie to było potem wspaniałe uczucie wygrać ze sobą.

Każdy ma chwile słabości. Każdy ma prawo je mieć.

Wczoraj miałam chwile słabości innego typu.

Mając do wykonania ciężkie zadanie zawodowe, wymagające dużej koncentracji, ciszy, skupienia, z wielką niechęcią zasiadłam do jego wykonania, a przynajmniej podjęłam próbę. A tu jakby świat się przeciwko temu mojemu zadaniu zbuntował. Robił wszystko, aby mi tę robotę uniemożliwić. Oprócz pilnych maili wymagających natychmiastowej odpowiedzi, zaczęły się telefony, których zazwyczaj miewam niewiele. Telefony i prywatne, i służbowe. Odczuwając ogromną presję na wykonanie zadania, zaczęłam projektować ją (tę własną presję) na dzwoniących ludzi i opieprzać wszystkich „jak leci”, niektórym wprost mówiłam, że mi przeszkadzają, a innych próbowałam w inny, zawoalowany sposób zniechęcić do dalszej konwersacji. Niby znam ten mechanizm projekcji i powinnam umieć nad nim panować, a właściwie uświadamiając sobie jego działanie po prostu to zaakceptować, ale….Wczoraj było to bardzo trudne.

Jaki był rezultat moich działań? Robota rozgrzebana, trzeba jeszcze sporo czasu, aby ją dokończyć. Osoby „opieprzone” chyba nie są obrażone, ale ja mam poczucie winy, że wyżyłam się na niektórych. Wniosek z tego taki, że wczoraj miałam problem zadania do wykonania w pracy, dziś mam problem przeproszenia tych, na których nakrzyczałam, oraz, co chyba najważniejsze, problem samej siebie, a więc tego, że znów miałam „chwilę słabości”. Niby sobie człowiek na takie chwile przyzwala, ale bardzo nie lubi znów przegrać.

Inne chwile słabości to… tak nazywam swoje stosunki z bumerangiem. Każde nasze spotkanie kończy się dla mnie „chwilą słabości”. Ale to chyba jedyne chwile, których nie żałuję, choć może powinnam 😉

Sprawy damsko-męskie

Mój potencjalny randkowicz piszący ze mną już prawie 3 tygodnie zaproponował herbatę. Ale mnie zaskoczył! Serce mi stanęło (na chwilę). Numer mojej komórki dałam mu już dawno, znaczy się po tygodniu pisania. Przez pierwszy tydzień miałam o nim dobre zdanie. Już mieliśmy się spotkać i nawet zaproponował, że „zasponsoruje” kolację, choć ja wcale tego nie chciałam, ja w ogóle nie optuję za kolacją na pierwszym, zapoznawczym spotkaniu. Drugi tydzień minął na utarczkach słownych, ale nadal mnie intrygował. W ostatnich dniach oceniłam go jako buca do potęgi. Narcyz z niego też, sam się wcześniej do tego przyznał (za to plus u mnie), ale ja dopiero później to zdiagnozowałam. Napisał wierszyk, którym wcale się nie zachwyciłam, a widocznie powinnam. Odpisał, że za dużo piszę. Ja za dużo??? No nie!!! Więc ja mu na to, że różnie z tym pisaniem bywa, piszę jak mam wenę, czas i ochotę, no i zaproponowałam, aby czytał albo co drugie zdanie, albo pierwsze i ostatnie. Pomyślałam, że trzeba tę korespondencję powoli wygaszać, bo do niczego to nie prowadzi, a pisanie dla samego pisania wcale mnie tak mocno nie kręci (wyłączając pisanie na blogu), a tu niespodzianka. Herbatka? Nawet nie herbata. No dobra, z czystej ciekawości uznałam, że tę „herbatkę” z nim wypije. Pomyślałam, że facet wzbudza emocje, więc przynajmniej nudzić się nie będę 😉

Miałam dziś spotkać się z koleżanką, ale w związku z potencjalną randką odwołałam. Bez żalu, bo to akurat koleżanka mieszkająca rzut beretem i możemy spotykać się codziennie. Napisałam panu niedoszłemu, że jestem skłonna spotkać się, że miałam plany, ale je zmieniłam. I co się okazało? Pan stwierdził, że niepotrzebnie zmieniałam plany, że to niezgodnie z jakąś filozofią o nazwie nie do zapamiętania. Było jeszcze o „paskudnym” miejscu, jakie wybrałam na randkę, no i jeszcze, że on w zasadzie to nadal jest zarobiony i nasze tete a tete to może się ziścić w połowie następnego tygodnia. Rzucił nawet nazwą jakiejś knajpy, której nie znam. No nie!!! Dawno mnie tak nie poniosło jak w odpowiedzi na tego maila. Daruję szczegóły, może zacytuje tylko koniec: „Proponować to sobie możesz co chcesz, ale innej pani…”

Może jestem zołza, ale moja cierpliwość się skończyła.

I jak ja mam szukać jakiegoś kompatybilnego faceta, skoro jedyny inteligentny i nienudny okazuje się zwyczajnym bucem, inne epitety sobie daruję? 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s