Bez oczekiwań, bez rozczarowań

Bywa, że nie rozumiem ludzi, nie rozumiem zwłaszcza mężczyzn. Ich reakcji nie jestem w stanie przewidzieć. Kiedyś czułam żal, bo odwołał spotkanie, bo nie zadzwonił, bo miało być inaczej, bo zachował się jak dupek. Ot mierzyłam ich swoją miarą, uznawałam, że oni powinni postępować tak, jak ja postąpiłabym na ich miejscu. Teraz nie nakręcam się, nie piszę scenariuszy z pozoru oczywistych, tylko przyjmuje z góry wariant pesymistyczny (a może realistyczny?), czyli mówiąc inaczej – nie mam oczekiwań, co chroni mnie przed rozczarowaniami 😉

W niedawnej rozmowie telefonicznej z Darkiem powiedziałam, że przecież każde z nas jest wolne i w każdej chwili możemy kogoś spotkać. Nie pamiętam już, dlaczego to powiedziałam, na pewno wynikało to z kontekstu. Nie żałuję, że to powiedziałam, przecież to czysta obiektywna prawda.

Darek był lekko zaskoczony. Zapytał – a może Ty kogoś spotkałaś? Może na tym ostatnim wyjeździe?

– Nie spotkałam nikogo – zaprzeczyłam.  Ale nie jest powiedziane, że nie spotkam – pomyślałam.

Natychmiast też odbiłam piłeczkę w kierunku Darka sugerując, że w jego życiu też coś może się zdarzyć, co naszą znajomość zmieni. W jakim stopniu zmieni, to już inna sprawa, będzie to zależało między innymi od intensywności tej potencjalnej nowej relacji. Jeśli mocno się zaangażujemy to i czasu na kultywowanie „starej przyjaźni” nie będzie.

Rozmowę z Darkiem przerwał jakiś telefon służbowy i temat został zakończony, choć w mojej głowie pozostał… w jego pewnie też.

I tak się jakoś złożyło w ostatnich dniach, że słowa wypowiedziane w luźniej rozmowie z Darkiem przypomniały mi się, bo pojawiła się perspektywa spotkania z inną „starą przyjaźnią”. Pomyślałam nawet, że te słowa mogą okazać się prorocze, choć nie muszą.

Ale o co chodzi?

Dostałam zaproszenie na imprezę karnawałową, trochę służbową, trochę towarzyską. Impreza z pompą. Zaproszenie dla dwóch osób. Nie jest to bal, tylko bankiet, mogłabym wziąć koleżankę i o jednej takiej pomyślałam. Wieczorem miałam do niej dzwonić. I wtedy wpadł mi do głowy kolega Stefan. Straszne imię, wiem, nie lubię. Ale mężczyzna całkiem całkiem. Niewiele ode mnie starszy. Iskrzyło między nami kiedyś. Ale do niczego poważnego nie doszło i jakoś to się rozlazło… kontakt praktycznie zamarł. A od dwóch lat tak się tli i tli..

Był czas, kiedy o naszym rozstaniu (choć nigdy nie byliśmy ze sobą) myślałam z żalem. Zastanawiałam się dlaczego przestał się odzywać. Jego tłumaczenie się problemami osobistymi i zawodowymi nie było dla mnie wystarczające. Wpadło mi nawet do głowy, że zrezygnował, bo byłam zbyt ortodoksyjna w kwestii wiadomej. Nie zaprosiłam go do domu nawet na 5 randce 😉 No cóż, tak bywa… nie chodziło o to, że Stefan mi się nie podobał, wprost przeciwnie. … Tak wyszło. Czasami coś robimy lub nie robimy, co wcale nie jest wykoncypowane, ale zwyczajnie dzieje się lub nie dzieje. Tak było w tym przypadku. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego…i nie widzę powodu, aby czuć z tego powodu dyskomfort.

Wracając do karnawałowej imprezy – pomyślałam o Stefanie. I dla mnie i dla niego, byłoby to dobre rozwiązanie. Dla niego od strony biznesowej, i oczywiście towarzyskiej, czyli przyjemności spotkania ze mną. A mnie byłoby sympatycznie mieć obok przystojnego, inteligentnego faceta.

Wysłałam maila. Odpowiedział, oczywiście jak zwykle miło zaskoczony, że pamiętam o nim i wstępnie zainteresowany imprezą.

Zaproponował spotkanie następnego dnia, bo będzie akurat w moim mieście. Zgodziłam się.

Następnego dnia dzwonił trzy razy. Pierwszy telefon, że będzie do mojej dyspozycji ok. 16.00 i gdzie ma podjechać. Proponuję mu, aby podjechał pod firmę. Drugi telefon ok. 16.00, że nie da rady, bo ma jeszcze jedno spotkanie służbowe. Mówię mu, że jadę do centrum na zakupy i jakby co, to do 18.00 może dzwonić, to się w centrum na kawie spotkamy. Przed 18.00 dostaję smsa, dość długiego (kurczę, ciągle się dziwię umiejętnościom niektórych mężczyzn pisania długaśnych smsów, ja z moimi koleżankami traktujemy smsy jako krótkie wiadomości tekstowe, czyli TAK, NIE, OK. to wszystko, na co nas stać 😉 SMS Stefana ma ton przepraszający, że jednak wraca do siebie (czyli 150 km, od mojego miasta). Odpisałam w swoim stylu czyli OK. Za godzinę dzwoni, rozwijając to, co w smsie było. A było, że w następnym tygodniu będzie w okolicy … razem z nocką, a to znaczy, że będzie miał dużo czasu i chciałby spędzić ze mną wieczór. No dobra, możemy się spotkać – odpowiadam.

Nie mówię mu oczywiście, że moja wiara w to spotkanie duża nie jest. Nie mówię, że „dla chcącego nie ma nic trudnego”. Nie mówię, że niepotrzebnie zawracał mi głowę, skoro miał tak mało czasu. Ostatecznie ja się wcale do tego spotkania nie rwałam, nie musiał go proponować. Nie mówię nic, co wyrażałoby pretensje, bo tak naprawdę to wcale nie nastawiałam się, ani na spotkanie w czwartek, ani na spotkanie w środę, a nawet mam duże wątpliwości, czy na tę imprezę karnawałową jaśnie pan przyjedzie. Co do tego ostatniego, to moje wątpliwości są mniejsze, gdyż to W JEGO INTERESIE leży udział w imprezie (przynajmniej w znacznym stopniu).

Cała ta sytuacja dała mi do myślenia, bo stanowi dowód, że trochę się i w tym względzie zmieniłam. Kiedy zadzwonił, że spotkamy się ok. 16.00 nie wpadłam w euforię, a kiedy zadzwonił, że jednak go nie będzie, nie poczułam rozczarowania. Nie miałam oczekiwań, nie przeżywałam zawodu. Ktoś pomyśli – jak to? nie mieć oczekiwań? Trzeba czegoś oczekiwać, wymagać, a potem egzekwować, albo obrażać się, etc. Oczekiwania to ja mogę mieć wobec siebie, wobec tego, na co mam wpływ. A jaki ja mam wpływ na to, co roi się w głowie jakiegoś Stefana, Jacka czy Waldka. Mogę oczywiście uciekać przed takimi panami, którzy „nie spełniają moich oczekiwań”, ale to by znaczyło, że będę żyła w świecie bez mężczyzn 😉Dotychczas oczekiwania oczywiście miałam, i bardzo często przeżywałam katusze rozczarowania, wielokrotnie wkurzałam się, bezsenność, stress, etc.

Mężczyźni są z Marsa i trzeba to przyjąć do wiadomości.

Stefan jest moim znajomym, nie mamy wobec siebie żadnych zobowiązań, nic nie musi. Jeśli sam coś proponuje, zawsze może to odwołać. Jeśli ja coś proponuję, również mogę zmienić zdanie, choć jako kobieta i osoba mniej zajęta zawodowo, wykazuję w tej dziedzinie większą elastyczność. Złożyłam Stefanowi propozycję, że wezmę go na imprezę jako osobę towarzyszącą, ale to nic więcej nie znaczy. Wchodzimy razem, ale wyjść możemy oddzielnie, nie jesteśmy do czegokolwiek wobec siebie zobowiązani. To, co się zdarzy zależy od bardzo wielu rzeczy. Ja spotkam na tej imprezie mnóstwo znajomych, on zapewne mniej. Nie mam pojęcia – jak będzie i co będzie. I to mnie cieszy. Nie planuję. Mam też program awaryjny, aby nie zmarnować zaproszenia w części „dla osoby towarzyszącej” i zamierzam zabrać koleżankę. Powiem jej szczerze, że jest planem B., o ile będzie zainteresowana to chętnie ją wezmę.

A Stefan? On pojawia się i znika. Kompletnie nie mam wpływu na to, jakie są jego oczekiwania i co on zrobi lub czego nie zrobi. Jakiś poziom kultury reprezentuje, wiec wcześniej mnie uprzedzi, gdyby miał nie przyjechać. A ja i tak zawsze sobie coś awaryjnego przygotuję.

Moje ego nie ucierpi.

Darkowi nie zamierzam wspominać o Stefanie, co jest dla mnie oczywiste. Wzbudzanie zazdrości nie jest w moim stylu. Wspomniałam mu o imprezie. Rzuciłam hasło: może przyjedziesz? Padłabym z wrażenia, gdyby powiedział TAK, że chętnie przeleci się samolotem na ten jeden dzień. Darek przyjeżdża do Polski raz w roku i tak pewnie już zostanie. Nie pytam go, kiedy w tym roku będzie i gdzie się spotkamy, bo zapewne do spotkania dojdzie. Nie wychodzę przed orkiestrę, będzie chciał to sam coś zaproponuje. Ostatnio częściej dzwoni, lubimy ze sobą rozmawiać. Fajnie, że jest.

 A impreza karnawałowa tuż, tuż…. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s