Kobiety bezdzietne

Kwestia posiadania czy nie posiadania potomstwa jest dla kobiety ważna. Chociaż nie dla wszystkich jest to priorytet. Bywa że z różnych powodów kobiety dzieci nie mają, bywa że nie chcą, bywa że nie mogą, bywa że tak po prostu życie się ułożyło…

Macierzyństwo to z pewnością naturalna potrzeba kobiety i brak tego uczucia, doświadczenia nie da się w żaden sposób zrekompensować. Nie znaczy to, że kobiety bezdzietne (z różnych powodów) mają czuć się niepełnowartościowe czy uboższe. Owszem, czegoś nie doświadczyły, ale to nie znaczy, że ich życie w innych sferach nie jest wartościowe, a może nawet bogatsze.

Nad kobietami ciążą stereotypy. Można im nie ulegać, ale znacznie trudniej zaakceptować samej ten wybór (a może nie wybór).

Przykłady, jak kobieta może definiować siebie nie przez pryzmat posiadania czy nieposiadania dzieci znalazłam niedawno na portalu Gazety w artykule „Po co mi dzieci”.

Są tam opisane historie kilku pań w wieku już nie rozrodczym, które opowiadają jak czują się z tą swoją bezdzietnością. Odnalazłam w ich wypowiedziach swoje własne doświadczenia, swoje wątpliwości i obawy, z niektórymi zdaniami całkowicie się identyfikuję, z innymi mniej. Zrobiłam skróty i zaznaczyłam miejsca, które zwróciły moją szczególną uwagę.

Eva – 60 lat, bizneswoman

Jestem bardzo odpowiedzialną osobą. Zawsze uważałam, że każde dziecko powinno mieć matkę i ojca, więc dopóki nie trafi się odpowiedzialny tatuś, nie będzie dziecka. A kandydaci byli, powiedzmy sobie, nieodpowiedni. Żeby mieć dzieci, trzeba też mieć instynkt, trzeba chcieć.

Pieniądze szczęścia nie dają. Szczęście to jest balans kilku rzeczy – życia religijnego, rodzinnego, zdrowia i pieniędzy.
Czy ja mam niesamowite życie? Tak. Czy pieniądze dają mi komfort fizyczny i psychiczny? Tak. Czy to, co osiągnęłam, daje mi zadowolenie? Oczywiście. Ale czy to dało mi totalne szczęście? Nie. Brakuje mi związku. Nie męża, nie kogoś, kto by mnie nudził i ograniczał, tylko partnera, kogoś na moim poziomie, kto miałby swoje życie zawodowe, ale chciałby ze mną spędzać czas. Brakuje mi partnera, z którym mogłabym realizować moje wizje.

W moim życiu trafiają się dwa rodzaje mężczyzn – dużo ode mnie młodsi albo dużo ode mnie starsi. To mi nie odpowiada, a panowie w moim wieku już mają dzieci, żony, psy, koty. Może znalazłby się jakiś wdowiec, ale po cmentarzach nie latam.

Mariola54 lata, prowadzi własne biuro rachunkowe

Słyszę czasem pytanie: „Masz męża?”. „Nie”. „Aaa, stara panna?”. Nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś powiedział o mnie „singielka”. Singielka jest zarezerwowana dla szczęśliwych 35-latek, a stara panna to jest ta, której się nie udało.

Czy jestem szczęśliwa – po pięćdziesiątce, sama, bez dzieci? Tak, ale dopiero od niedawna.

Wyrosłam w przekonaniu, że spełniona kobieta to matka i żona, a to, czy ma pracę, hobby, to drugorzędna sprawa. Kobieta ma rodzić i opiekować się domem. Koleżanki zaczęły brać śluby, więc ja w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam: „Może zacznijmy myśleć o wspólnej przyszłości”. Zaręczyliśmy się. Jednak zauważyłam, że on nie rwał się tak bardzo do przygotowań. Zrozumiałam, że ja go zmuszam do ślubu, że on wcale tego nie chce. W wakacje wyjechałam na obóz na Mazurach, pod namiotami. Byłam szczęśliwa bez niego. Po powrocie oddałam mu pierścionek. Miałam 28 lat, jak się rozstałam z chłopakiem. Zabrał mi te lata, w których się ludzie parują. Prawie od razu poczułam się odrzucona przez otoczenie.

(…) Obok mnie są bale dla samotnych. Wstydzę się. To gdzie mam znaleźć chłopaka? Kiedyś się zapisałam do biura matrymonialnego. Zapłaciłam dużo pieniędzy, w umowie miałam pięciu facetów. Jednego mi umówili, ale był zupełnie nie w moim typie! Jak zadzwonili do mnie z drugim, to nie mogłam znaleźć czasu. Zalogowałam się na kilku portalach, ale nie umiem flirtować. Spodoba mi się z opisu, z wyglądu, no to oczko puszczę, napiszę jakieś zdanie, ale sama nie wiem, czego oczekuję. Dam telefon, to zacznie mnie gnębić. A nawet gdybym znalazła chłopaka, to ciężko by mi było wprowadzić go do domu. Tyle się słyszy różnych historii. Jak go później wyrzucić, jak coś nie wyjdzie? Jak widzę, co się dzieje u innych – rozwody, problemy – to mam wątpliwości, czy małżeństwo to jest takie wielkie szczęście. Teraz porobiło się rozwódek i wdów. Babiniec się robi coraz większy, więc nie jestem już zagrożeniem. Koleżanki znów zapraszają mnie na imprezy. Czasem czuję ich zazdrość: „Ty nie musisz wracać do domu, nie czeka tam na ciebie głodne dziecko albo mąż. Ty robisz, co chcesz”. To prawda. Mam mnóstwo przyjaciół – z jednymi żegluję, z innymi jeżdżę na narty, jeszcze z innymi zwiedzam świat.

Klementyna55 lat, polonistka, nauczycielka, redaktorka

Dzieci nigdy mnie nie zachwycały – to jest małe, wrzeszczy i trzeba przewijać. Siedzi to i ma taką minę, jakby wszystko wiedziało, tylko nic nie chciało powiedzieć. Ja zawsze miałam koncepcję, że nie robi się dziecka, tylko człowieka. Jeżeli się już do tego zabiera, to trzeba uważać, co się w domu dzieje. Bo to, niestety, zostanie mu na całe życie. Ono tego nie wymaże.

Opiekowałam się rodzicami do ich śmierci. Byłam jedyną osobą, która była w stanie im zapewnić funkcjonowanie. Status osoby samotnej jest inny, bo ona niby nie ma obowiązków. Rodzice mieli przecież rodzeństwo, ale wszyscy mówili – córka sobie nie potrafi znaleźć chłopa, rodziny nie założy, dzieci nie ma, to niech się chociaż rodzicami zajmie.

Można pomieszkiwać z rodzicami, wziąć ich na chwilę do siebie, ale swoje drzwi i swoją osobność trzeba mieć dla dobra obu stron. A ja przez źle rozumianą odpowiedzialność się tego wyrzekłam – ta decyzja oznaczała dla mnie też rezygnację z życia prywatnego. A potem złożyło się tak, że jedyny ważny dla mnie facet umierał równolegle z moją mamą. Wszystko mi się zawaliło i trochę czasu upłynęło, zanim się z tego pozbierałam.

Nigdy nie żałowałam, że nie założyłam rodziny.
To jest mój sukces, że nie uległam presji obyczajowej, nie dałam się wmanewrować, że nie zrobiłam czegoś, do czego nie czułam powołania, a na czym by ucierpiał człowiek, którego bym powołała do życia. Mam zwierzęta – cztery koty, psa i żółwia. Uczę się od nich mądrego stosunku do świata.

Barbara – 62 lata, emerytka, tłumaczka

Są kobiety, dla których mężczyzna jest ważniejszy niż dziecko, i myślę, że do nich należę. Optymistycznie wierzę w wielką miłość, choć niekoniecznie jedną na całe życie. Natomiast dziecko może – ale nie musi – być jej materializacją. Dwa razy w życiu zdarzyło mi się, że patrzyłam na mężczyznę i myślałam sobie: „Tak. Z nim tak”. Tylko że do tego trzeba dwóch osób i jakoś nigdy nie udało nam się zgrać. Nie było więc tak, że z założenia nie chciałam dziecka, ale nie było ono też celem samym w sobie. Teraz się uważa, że dziecko jest ważniejsze i bardziej potrzebne niż partner. Dziecko trzeba sobie zrobić i mieć. Kobiety myślą: „Chcę mieć dziecko, żeby nie być sama, żeby mieć kogoś do kochania, żeby przekazać geny, bo rodzina oczekuje, bo związek mi się rozpada, bo koleżanki mają, bo jak nie teraz, to kiedy? Zegar biologiczny tyka i ja szast-prast muszę coś z tym zrobić”.

Nie przemawiają do mnie kalkulacje, co się życiowo bardziej opłaca. Mam o sobie takie aroganckie mniemanie, że nie jestem wyrachowana. Może tylko wtedy, kiedy się targuję z wydawcą o stawkę. Natomiast w życiu po prostu się staram, żeby było pięknie.

Instynkt macierzyński? Nigdy mnie nie skręcało ze wzruszenia, gdy widziałam małe dzieci. Bardzo bym chciała, żeby nie wtłaczać kobiet bezdzietnych w stereotyp niespełnienia i rekompensaty – że muszą czymś wypełnić wolny czas i przestrzeń emocjonalną, poświęcić się pracy, pasji.
Znam absolutnie szczęśliwe kobiety, które nie podróżują ani nie zdobywają szczytów, tylko siedzą pod piecem i robią na drutach albo patrzą przez okno na las. Ale kobiety bez dzieci same uważają się za niespełnione. To jest silnie kulturowo wymuszane.

(…) Takie parcie na kobiety powoduje, że często obok słowa „bezdzietna” słyszę słowo „egoistka”.

No pewnie, że boję się niedołężności, tego, że nie będę samodzielna, ale to jest złudzenie, że dziecko będzie ci na starość podawać herbatę. Byłam kilka razy w szpitalu, więc wiem, jak to wygląda. Dzieci przed niczym nie zabezpieczają, zawsze się umiera samotnie. Na pewno jest łatwiej, jak przychodzą do szpitala, zwłaszcza córki, one zrobią coś przy łóżku chorego, bo mężczyźni są bezradni – będą siedzieli i patrzyli przerażeni. Wstydzą się. Ja to rozumiem.
Zresztą dzieci coraz częściej uciekają od opieki nad rodzicami. Opłacają panie Ukrainki, żeby broń Boże tej śmierci nie oglądać. Może lepiej nie mieć tej goryczy, że synek mógłby przyjść, a nie przychodzi. Kiedy pojadę na wakacje, z kimś się zaprzyjaźnię i pojawia się pytanie, czy mam dzieci, to odpowiadam, że mi się nie chciało, i to ucina wszelkie rozmowy.

Natomiast kiedy byłam w Indiach, to od razu słyszałam: „Jakaś ty biedna!”. To było mówione z autentycznym współczuciem. Tam dziecko jest darem niebios i rzeczywiście zadawałam sobie pytanie: czy ten brak dzieci jakoś umniejsza moje człowieczeństwo? To mi dało trochę do myślenia. Może z dzieckiem byłoby lepiej – byłoby miłą, przytulną osobą i bym miała wnuków troje? A może wręcz przeciwnie – byłoby pijakiem albo zimnym, wrednym osobnikiem? Rozmyślam o tym czysto teoretycznie, bez skurczu żalu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s