Czy ludzie się zmieniają?

Koleżanka ma problemy z mężem. Po kilkunastu latach całkiem dobrego związku dopadł ich kryzys. Dlaczego? Kasia ma wobec męża wiele zarzutów, a to nie naprawił drzwi, choć wciąż mu o tym przypomina, a to nie kupił jej prezentu na urodziny takiego „od serca” tylko standardowe jak co roku perfumy. Kiedy pytam, czy takie zachowania są czymś nowym to okazuje się, że on zawsze taki był, zawsze trzeba mu było ciosać kołki na głowie, aby coś zrobił, nigdy też nie kupił jej sensownego prezentu.

Wniosek z tego płynie oczywisty, że to nie on się zmienił. To jej zaczęło przeszkadzać to, czego kiedyś albo nie zauważała albo tolerowała. Kiedy w związku dominuje uczucie i namiętność wtedy inne bardziej przyziemne sprawy schodzą na dalszy plan. Kiedy temperatura uczuć wygasa wtedy partnerzy stają przed sprawdzianem z dopasowania, przyjaźni, wzajemnego szacunku, tolerancji, lojalności, etc.

A czy Kasia się zmieniła? Myślę, że też nie. Zmieniły się tylko jej priorytety w związku, a może po prostu klapki spadły jej z oczu.

Ludzie się nie zmieniają – tak twierdzę na podstawie obserwacji innych ludzi, ale też na własnym przykładzie. Coś w nas jest stałego. Nazwijmy to charakterem.

Są ludzie weseli z natury, tacy, którzy w każdej sytuacji znajdą pozytywną stronę. Zdarza się oczywiście, że i tacy ludzie mają przejściowe problemy, a nawet okresy gorszego nastroju czy depresji, ale ich prawdziwa natura zawsze zwycięży.

Są ludzie z natury depresyjni, marudni, są ludzie nerwowi i nieprzyjemni w obyciu. Nie znaczy to jednak, że są to ludzie źli. Gdzieś tam w środku mogą mieć duże pokłady dobroci i troski o innych. Takim ludziom też zdarzają się lepsze momenty, kiedy pod wpływem jakiegoś wydarzenia czy np. miłości są w stanie nieco zmienić swoje nastawienie do życia. Ale i w przypadku takich ludzi ich prawdziwa natura daje o sobie znać. Ludzie zgorzkniali po przebytym romansie, który na jakiś czas dodał im skrzydeł, wracają do swojej cierpiętniczej miny.

Tak już jest. Ta nasza prawdziwa natura jest silniejsza niż wszystko. Skąd się ta prawdziwa natura wzięła? Pewnie z uwarunkowań genetycznych i wychowania. Nie ma co się oszukiwać, dziedziczymy charaktery naszych rodziców. Dużo w nas jest z nich, nie trzeba być dobrym obserwatorem, aby to zauważyć.

A może nad naszym charakterem da się pracować? Z pewnością tak. Najlepszym dowodem na poparcie tej tezy jest przemiana grzeszników w świętych. A co z resocjalizacją? Zdarza się oczywiście, że zbrodniarz, złodziej, kryminalista różnej maści po wielu latach odosobnienia, opuszcza mury więzienia i rozpoczyna nowe, lepsze życie. Można tylko dywagować, jaki związek z naszym charakterem ma dokonanie czynu zagrożonego karą? Bywa przecież nader często, że ludzie z natury spokojni sięgają po broń i zabijają, a potem wszyscy zachodzą w głowę, jak to było możliwe. Człowiek z natury dobry i spokojny może więc dokonać makabrycznego czynu, a człowiek z natury zły może wznieść się na wyżyny empatii ratując np. dziecko z płonącego domu. Ale to już jest wchodzenie w naturę dobra i zła, a więc inna bajka niż charakter rozumiany przeze mnie jako sposób bycia.

Każdy z nas lubi ludzi spokojnych i życzliwych, po prostu fajnych i uśmiechniętych. Z takimi ludźmi chcemy przebywać i przyjaźnić się. Myślę, że wielu malkontentów  zazdrości im (sama też się do tej kategorii niestety zaliczam) i chciałoby zmienić swoje nastawienie do życia i do ludzi. Szukanie dziury w całym to naprawdę stresujące i mało opłacalne zajęcie, ale ten typ tak ma i już. Można sobie próbować racjonalnie tłumaczyć, że zamartwianie się czy pokazywanie się ludziom z nosem zawieszonym na kwintę nic dobrego nam nie przyniesie, jednak prawdziwa natura zawsze zwycięży.

Mam w firmie trudną jednostkę, która od czasu do czasu wpada w furię, krzyczy, a może nawet wrzeszczy, choć sprawa zazwyczaj nie jest tego warta. Ktoś niezorientowany może pomyśleć, że owa jednostka krzyczy na współpracowników. Najczęściej jednak ona się zaperza z powodu problemu zawodowego. Większość ludzi nie lubi krzyku, nie lubimy podniesionego głosu, który nieodłącznie kojarzy się nam albo z surowym rodzicem, albo nauczycielem. Kiedy słuchasz krzyku, choć wiesz, że ktoś nie krzyczy na ciebie, ale tak w ogóle, to jednak odbierasz to osobiście, człowiek się cofa, zamyka, ucieka… a nawet obraża się. Zdarzało mi się wspomnianej jednostce zwracać uwagę, aby obniżyła głos o kilka tonów, niestety nie zawsze spotykało się to z pozytywnym odzewem, a nawet wywoływało reakcję odwrotną od zamierzonej. I jak sobie radzić z taką zołzą w pracy? Przecież trzeba z nią codziennie rozmawiać i dzielić się obowiązkami. Można tłumaczyć albo obrażać się. Tłumaczenie nic nie daje. Obrażanie się ma tę wadę, że atmosfera robi się jeszcze gorsza, a krzyki jak były tak nadal są. Można pójść do szefa i ponarzekać (poskarżyć się?). Tego też próbowałam, ale nic nie wskórałam. Zołza jest niezastąpioną pracoholiczką, a szef kocha takich pracowników, którzy zachowują się tak, jakby nie mieli życia prywatnego i są gotowi spędzać w biurze nawet noce. Zrozumiałam, że próba wywarcia presji na jednostkę poprzez szefa jest z góry skazana na porażkę. Czasem myślałam, że może coś ze mną jest nie tak, skoro tak źle toleruję krzykliwy sposób jej pracy. Przekonałam się jednak, że to nie ja mam problem. Znajomi z innych firm, którzy z jednostką mieli do czynienia, dawali mi wielokrotnie do zrozumienia, że bardzo mi współczują. Jednak moja pracowa jednostka ma też drugą twarz. Jest to dobra, przyzwoita i koleżeńska kobieta o imieniu Renata. Był taki moment, że potrzebowałam wsparcia, ludzkiego odruchu. Ci, od których spodziewałam się takie wsparcie otrzymać nieco mnie rozczarowali, natomiast na wysokości zadania stanęli inni, między innymi Renata. Od tego czasu coś się w moim postrzeganiu Renaty zmieniło. Ona się nie zmieniła, nadal jest furiatką nie do zniesienia. Ale ja zmieniłam swoje podejście do niej. Nadal wkurza mnie jej podniesiony głos, ale nie biorę już tego krzyku do siebie, można obrazowo to określić, że negatywne emocje wyrzucane przez Renatę odbijam jak piłeczkę ping-pongową od siebie. Pozwala mi to zachować dystans i nie stresować się.

Reasumując, innych nie możemy zmienić, możemy zmienić tylko siebie. Takie hasło zawsze mi przyświecało. Nie znaczy to jednak, że moja teza o tym, że ludzie się nie zmieniają legła w ten sposób w gruzach. Hasło powyższe interpretuję w ten sposób, że możemy się nauczyć radzić z innymi, z ich wadami, a to przecież nie jest zmiana nas samych, a tylko naszego podejścia do innych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s