Waga, lustro i ciuchy…

Ile powinnam ważyć? Koleżanka twierdzi, że od wzrostu trzeba odjąć 10, ale z czego to wynika, to nie mam pojęcia. Zapewne jakieś „naukowe” podstawy ku temu są. Ja nie wiem, ile dokładnie chcę ważyć, po prostu chcę dobrze się z tą wagą czuć, bo teraz nie czuję się komfortowo. Myślę, że do tego potrzebuję 5-6 kg mniej, ale nie mam zamiaru zafiksować się na jakiejś konkretnej liczbie. Wszelkie przeliczniki, na podstawie których powstają tabelki, w których możemy znaleźć „idealną wagę” zdają się być naukowo słuszne, lecz gdy bliżej im się przyjrzeć, niekoniecznie takie są. Czy brane są w nich pod uwagę takie czynniki, jak na przykład grubość kości poszczególnych osób? Kto w ogóle przygotowywał te tabele? Jakie miał prawo decydować o tym, że wszyscy ludzie charakteryzujący się takim samym wzrostem powinni ważyć tyle samo?

Przyjrzyjmy się naszym znajomym bliższym i dalszym: czy potrzebujemy wagi, żeby stwierdzić, którzy z nich są otyli albo nie? Zaufajmy więc zdrowemu rozsądkowi. Waga jedynie potwierdza to, co czujemy i wiemy. Prędzej lustro nam powie, czy mamy nadwagę. No i zadyszka, wynikająca z braku ruchu. Mając w głowie pewną założoną z góry wagę, do której chcemy dążyć, pozwalamy, aby „ogon kręcił psem” i stwarzamy sobie dodatkowe trudności.

Czy mimo wszystko nie byłoby dobrze wiedzieć, ile powinniśmy ważyć? Cóż, możemy poznać taką normę. Byłoby to dokładnie tyle, ile ważymy, kiedy ubrani w samą bieliznę stajemy przed lustrem sięgającym podłogi i patrząc na siebie akceptujemy swoją sylwetkę. Jest to tyle, ile ważymy, kiedy możemy wstać rano całkowicie wypoczętymi i tryskającymi energią.

Jedzenie jest jak paliwo wlewane do baku. Jeśli wlejemy złe paliwo, albo nie pojedziemy albo zepsujemy samochód. Tak samo jest z nami, może tylko z tą różnicą, że nasz organizm dość długo radzi sobie z tym złym paliwem, jakiego mu dostarczamy. W końcu jednak nie daje rady go przerabiać i daje sygnały chorobowe.

Czasami słyszę zabawne skądinąd teksty, że na coś trzeba umrzeć, że w życiu jest tak niewiele przyjemności, więc po co sobie odmawiać kolejnego kawałka tortu czy kotleta, że takie życie w ascezie jest nudne i bezsensowne. Jeszcze do niedawna sama takie teksty wygłaszałam, ale coraz mniej mi się podobają.

Czy w życiu naprawdę nie ma większych przyjemności niż czekoladka, lody, kotlet?

Jest faktem, że doprowadzenie siebie do otyłości przebiega stopniowo i stosunkowo niezauważalnie. Gdyby dodatkowe dwanaście kilo i „opona” na brzuchu pojawiły się w ciągu jednej nocy, rano bylibyśmy w szoku. Uznalibyśmy to wówczas za jakąś chorobę, czyli dokładnie to, czym jest naprawdę otyłość, i z pewnością chcielibyśmy coś z tym zrobić.  Ale nasza droga do otyłości jest tak powolna, że nie przeżywamy żadnych gwałtownych zaskoczeń, nasze umysły stopniowo uczą się akceptować to, co widzą nasze oczy. Gdy już jesteśmy grubi i zdeformowani, nasz umysł dziwnie to akceptuje. I tu pojawia się druga strona medalu, gdy próbujemy pozbyć się zbędnych kilogramów postęp również może być stopniowy i można nie dostrzegać z dnia na dzień efektów.

Dlatego zapisywanie w regularnych odstępach czasu swojej wagi ma sens. Osiągnięcie każdej kolejnej, niższej wartości wywoła dodatkową motywację. Będzie można przeglądać wstecz swoje zapiski, aby zobaczyć, jak na przykład straciliśmy 6 kilo w dwa miesiące.

Pamiętam jak zbierałam wydruki z wagi przez pół roku i śledziłam w ten sposób postępy na bieżąco. Takie doświadczenie jest ogromną zachętą. Dodatkowa nagroda pojawi się w momencie, gdy zauważymy, że ubrania są luźne.

Osobiście nie zakładam sobie jakiegoś konkretnego terminu na zrzucenie tych moich kilku zbytecznych kilogramów, chciałabym uporać się z tym do lata, a więc czerwca. Czy miesiąc wystarczy? Jak nie będzie jakichś spektakularnych postępów, to zahaczę o lipiec. A co!? Nikt mnie przecież nie goni. W ciuchy wchodzę, może tylko są za mocno dopasowane, ale ludziom można się pokazać.

Pisząc o zmianie nawyków żywieniowych nie mogę abstrahować od swojego wieku. Metabolizm kobiety po 50-tce jest diametralnie inny niż kobiety 20-30 letnie. Dlatego jedząc to samo, nie schudniemy tak jakbyśmy miały lat 30, a nawet 40.

Każdy wiek ma swoje zalety i wady. Spowolniony metabolizm należy do tych wad, ale nie ma sensu się przejmować, wystarczy właściwe menu, które pokona i metabolizm i inne przypadłości wieku średniego. Dla przykładu podam jak wyglądało moje wczorajsze menu. Śniadanie tradycyjnie owocowe, tym razem ananas, banan. Na obiad śledź z octu, pomidor, brokuły. A na kolację migdały. Oczywiście ilości nie podaję, bo w moim sposobie odżywiania się ilości nie mają znaczenia i to jest bardzo duży tego plus 🙂

                                                         *

Pisząc notki na temat zdrowego odżywiania korzystam z książki Allana Carra „Prosta metoda jak skutecznie pozbyć się zbędnych kilogramów”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s