Koniec złudzeń…

Spotkałem przypadkiem kobietę, która próbuje przemeblować moje życie – napisał mi Darek w mailu. Zamarłam. Zrobiło mi się smutno, poczułam żal, rozczarowanie, wkurzenie… Spojrzałam raz jeszcze na te słowa. Były rozbrajająco proste i nie pozostawiały złudzeń.

Czy ja miałam jakieś złudzenia? Pewnie tak. Żyłabym może nimi długo, a tak to przynajmniej już wiem, na czym stoję, a właściwie leżę.

W kontaktach z Darkiem nastąpiła ostatnimi czasy dość długa przerwa. Każde z nas ma swoje problemy i tak jakoś dni mijały bez żadnego znaku życia z obu stron. Po około miesiącu stwierdziłam, że trzeba coś skrobnąć… ale powstrzymałam się. Po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że poczekam na jego sygnał, bo może… on nie chce utrzymywać częstego kontaktu, woli taki sporadyczny a może w ogóle nie jest mu znajomość do niczego potrzebna.

Kiedy minęło już 6 tygodni od ostatniej rozmowy poważnie się zaniepokoiłam. Może jest chory? A może nie żyje? (sic) Notabene, mój sąsiad z bloku, całkiem młody i zdrowo wyglądający, jeszcze kilka dni temu otwierał mi drzwi, a wczoraj był jego pogrzeb.

Postanowiłam, że napiszę do Darka maila, kilka zdań, co słychać, bo zaczęłam się całkiem na poważnie martwić.

Oczywiście przez cały czas naszej znajomości byłam świadoma, że każde z nas jest wolne i może kogoś poznać, przyznam jednak, że wolałabym poznać kogoś jako pierwsza 😉 Los okazał się łaskawszy dla Darka.

Odczytałam po raz kolejny maila. Na temat owej kobiety było tylko to jedno zdanie. Zadzwoniłam do koleżanek z informacją, że Darek spotkał przypadkiem jakąś kobietę… a szczegóły mam  poznać wieczorem, bo obiecał zadzwonić.

Miałam mieszane uczucia przed tą, czekającą mnie rozmową. Udawać, że jest ok. i kompletnie mnie to nie rusza? Nie odebrać telefonu, czyli udawać, że mnie nie ma? Jak zagłuszyć w sobie to uczucie zranienia, rozczarowania?

Wróciłam do domu późno, wiedziałam o której będzie dzwonił. Przygotowałam sobie nalewkę, czyli coś co … znieczuli. Może pomogła, a może i bez niej dałabym sobie radę. Po prostu byłam taka jak zwykle, czyli sympatyczna koleżanka. Podejrzewałam, że głównym tematem naszej rozmowy będzie nowa znajomość Darka, okazało się jednak, że jakoś nie miał ochoty rozprawiać szczegółowo na ten temat i musiałam sama wyciągać najważniejsze fakty. A oto one. Poznali się na wyjeździe. Wymienili wizytówkami, bo okazało się, że blisko mieszkają. Potem był telefon, jedno spotkanie i kolejne. Kobieta jest wdową, wiek nieznacznie poniżej 50, ma dwudziestoletnią córkę. Między słowami pojawiła się informacja, że „kobieta poznana przypadkiem” zaproponowała Darkowi, aby zamieszkał u niej. Po dwóch miesiącach znajomości to tempo jej rozwoju całkiem niezłe. Czy Darek sprawiał wrażenie zakochanego? Nie wiem. Może wobec mnie starał się tego nie okazywać, podejrzewając, że mogę poczuć się … nieswojo.

Dlaczego nam nie wyszło? – zastanawiam się.

Pierwsza i podstawowa kwestia to odległość. Darek od naszego pierwszego spotkanie podkreślał znaczenie tej oczywistej oczywistości, która dla mnie jednak taką oczywistością nie była. Ja wyznaję zasadę, że „chcieć to móc”. Sugerowałam kiedyś spędzenie ze sobą więcej czasu, aby przekonać się, czy w ogóle byłoby nam ze sobą dobrze. Ja chciałam ten czas spędzić w Polsce, a on gdzieś daleko w świecie, na co ja z kolei nie chciałam się zgodzić. Inne oczekiwania, inne spojrzenie na naszą znajomość. Dla niego od początku byłam koleżanką, a on dla mnie kimś więcej, ja liczyłam na więcej. Brak symetrii nie sprawdza się, a szczególnie, kiedy stroną pragnącą bardziej jest kobieta. Na co ja liczyłam? Nie wiem, może na to, że kiedyś on wróci do Polski i nadal będziemy „dobrymi znajomymi”? E… to naiwne i głupie. Myślę, że jak coś ma się dziać i coś ma być między ludźmi to po prostu się dzieje, a nie ciągnie jak „flaki z olejem” i w końcu niewiadomo, co tak naprawdę nas łączy.

Nie powiem, jest mi źle, jakbym znów była małą dziewczynką, wzdychającą do kolegi z podstawówki, który nie zwracał na mnie uwagi…  Zainwestowałam w tę znajomość jakieś uczucia, nadzieje, plany, marzenia i jakkolwiek naiwne to było, to jednak nie potrafię pstryknięciem palca o tym wszystkim zapomnieć. Przegrałam. Znów przegrałam. Czemu wciąż źle inwestuję? W niepewne akcje. Może podświadomie chcę, żeby się nie udało. Może…

Dookoła maj…jest pięknie, wszystko kwitnie, a mnie jest zwyczajnie smutno. Wiem, że ten stan przeminie, jak wszystko zresztą. Dobre chwile przeplatają się ze złymi, smutek miesza się ze śmiechem. Łzy wysychają, a oczy znów nabierają blasku. Tak jest i tak będzie, aż do końca świata 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s