Oponka

Ja wiem z czego moja oponka się bierze i wiem, że pozbycie się jej nie stanowiłoby większego problemu 😉 Wystarczyłoby zrezygnować z lodów, naleśników i makaronów (to główne grzeszki) i jedzenia po godz. 19.00. Oczywiście gdybym tylko chciała, a raczej umiała, to zrobić. Znam jednak kobiety, które nie wiedzą skąd ich oponka się bierze, może z powietrza? Bo przecież jedzą jak wróbelek, rezygnują z pełnego obiadu, tu coś skubną, tam coś skubną…zatem skąd ten tłuszczyk?

Osobiście nie znam nikogo, kto ma nadwagę, a jednocześnie zdrowo się odżywia (dietetycznie) i nie ma żadnych kulinarnych słabostek. Znajome kobiety narzekające, że ich waga stoi w miejscu, a przecież tak mało w ciągu dnia zjadają, zapominają o pewnych drobiazgach, np. o kilku herbatniczkach albo orzeszkach wieczorową porą. Są to oczywiście minimalne ilości, prawie nic. Skoro takie nic, to czemu nie potrafimy z tego NIC zrezygnować i wtedy sprawdzić, czy waga drgnie.

Sama walczę z oponką od dawna, choć BMI mam prawidłowe. Jej istnienie spędza mi sen z powiek i nie chodzi tu wyłącznie o kwestię wyglądu, choć i to nie jest mi obojętne. Chodzi głównie o to, że otyłość brzuszna jest po prostu niebezpieczna dla zdrowia. Z pozbycia się oponki mogą więc wynikać same plusy, więc dlaczego wciąż nam się to nie udaje?

Wiemy teoretycznie, co robić, aby uporać się z tym problemem, a jednocześnie tak trudno nam zerwać z ćwiczonymi przez lata nawykami. Bo jedzenie, sposób jedzenia, ulubione potrawy, to jest element naszej charakterystyki, to są zachowania powtarzane od dzieciństwa, to w jakiejś części nasze „ja”. Pamiętam jakby to było dziś, kiedy po lekcjach w szkole wpadałam do domu z okrzykiem „jeść!”, pamiętam też, że pomimo zaspokojenia głodu, prosiłam o dokładkę. Podjadanie też było na porządku dziennym i nie byłam w rodzinie w tym odosobniona. Bo nawyki żywieniowe wynosimy z domu, także obserwując dorosłych, głównie rodziców. Stałe godziny posiłków, zjadane przy wspólnym stole, w dobrym nastroju i przyjaznej atmosferze – tak być powinno. W moim domu rodzinnym tak nie było. Każdy wracał o innej porze ze szkoły, z pracy, każdy jadł wtedy, gdy miał na to czas.

Niewiele znam kobiet tyjących wraz z wiekiem równomiernie, co wizualnie źle nie wygląda, bo proporcje są zachowane. Większość moich rówieśniczek tyje albo w brzuszek albo w biodra, nieproporcjonalnie i wygląda to… nieciekawie. Każda z nas wie, że w jedzeniu, jak w każdej innej dziedzinie życia, najlepiej zachować UMIAR. Problem w tym, że nasze kobiece hormonalne burze i emocjonalne huśtawki, są w stanie obrócić w niwecz, najlepsze chęci.

Im człowiek starszy, tym problem większy. Wystarczy rozejrzeć się po ulicach naszych miast. Obserwuję kobiety w wieku zbliżonym do swojego i niewiele z nich ma szczupłą sylwetkę. Tu nawet nie chodzi o szczupłość, ale o proporcjonalność, o której już wspomniałam. Zdecydowana większość ma większą lub mniejszą nadwagę. Wkraczając w wiek dojrzały i około menopauzalny warto byłoby uświadomić sobie jedną prawdę, otóż metabolizm zwolnił, więc trzeba jeść mniej niż kiedyś. A my co robimy? Albo nic sobie z tego nie robimy, albo jemy więcej. No bo stres, dołek psychiczny, problemy rodzinne, etc. Doprawdy świetnie to rozumiem, że wraz z wiekiem coraz mniej jest powodów do radości, a znacznie więcej do smutku , więcej pogrzebów niż ślubów, ale… trzeba to jakoś przyjąć na klatę i nie dokładać sobie jeszcze dyskomfortu z powodu wciąż przyciasnej garderoby, o problemach zdrowotnych nie wspominając. I chociaż w wieku 40-50 radykalne chudnięcie nie jest wskazane, to taka kilkukilogramowa oponka mogłaby zniknąć bez śladu, gdyby…. wziąć się do roboty. Odstawić to, co najbardziej szkodzi, i zacząć się ruszać. Tylko tyle i aż tyle.

Każda z nas ma swoje własne wymówki. Jedna rzuciła palenie i rzuciła się na jedzenie, co zaowocowało 20 kg nadwagi nie wiadomo kiedy. A teraz bardzo trudno tak dużą wagę zbić, bo… w miejsce papierosów pojawiły się pożądane cukierki, bułeczki, kluseczki, etc. Druga cierpi na niedoczynność tarczycy (sama należę do tej kategorii), co oczywiście tłumaczyło tycie, ale tylko do momentu rozpoczęcia suplementacji hormonów tarczycy. Kiedy już niedoborów nie ma, to nie ma też obiektywnych powodów do tycia. Trzecia zrzuci winę na klimakterium i spowolniony metabolizm, i też będzie miała rację, ale tylko do momentu, kiedy świadomie nie dostosuje się do nowej sytuacji, a więc nie zmniejszy dotychczasowych porcji jedzenie i nie zerwie z niezdrowymi nawykami, które do tej pory przechodziły jej bezkarnie. Doprawdy wiele mamy takich i podobnych argumentów, którymi tłumaczymy sobie własną… bezsilność wobec problemu.

Sama też nie mam się czym pochwalić, bo gdybym miała patent na sukces, to już dawno pożegnałabym się z własną oponką, ale nikt mi nie zarzuci, że nie próbuję, nie walczę, nie szukam rozwiązań. Zgodnie z zasadą, że problem tkwi w głowie, szukam wsparcia w mądrych publikacjach o zdrowym odżywianiu. Przeczytałam ich już wiele, interesują mnie zwłaszcza teksty o emocjonalnym (psychicznym) aspekcie jedzenia, gdyż wydaje mi się szczególnie ważny. Jeść trzeba, nie da się pożywienia odstawić jak np. papierosów, problem zaczyna się wtedy, gdy jedzenie staje się swoistym narkotykiem, źródłem przyjemności, przyjacielem, wrogiem, ucieczką, próbą zaspokojenia emocjonalnego głodu, substytutem miłości. W czeluściach internetowych zasobów znalazłam tekst pt. „Jedzenie jak narkotyk”, który dał mi do myślenia (www.blog.wrelacji.pl).

Próbowałam sobie samej wyjaśnić, dlaczego największe porcje jedzenia konsumuję wieczorem po powrocie do domu, czyli niezgodnie z mądrą zasadą, że kolację należy oddać wrogowi. Pierwsze wyjaśnienie jest takie, że nie jadam na mieście obiadu, a do pracy biorę wyłącznie „zdrowe jedzenie”, czyli sałatki warzywne, więc wracając do domu czuję się wygłodzona. Ale to chyba za cienki argument, bo przecież mogłabym zjeść na kolację małą porcję, a nie dużą. Mogłabym nie kupować po drodze deserku w postaci półlitrowego pojemnika lodów? A może jestem głodna nie tylko jedzenia, może też uwagi, zainteresowania, uczuć? Może wejście do pustego mieszkania wywołuje u mnie nieprzyjemne poczucie osamotnienia? Być może dlatego rzucam się natychmiast do przygotowywania jedzenia, a potem do obfitej konsumpcji, bo uciekam od takich myśli i emocji? Kiedy pojawiają się jakieś niechciane emocje, sięgamy po kolejną porcję jedzenia w przekonaniu, że to pomoże nam uporać się z nimi, a efektem jest tylko zepchnięcie ich gdzieś w podświadomość, skąd i tak następnym razem wyjdą. Serwując sobie ciastko na smutki, dokładamy problem poczucia winy i dodatkowych kilogramów, bo przecież smutek, a właściwie problem, który go wywołał, nie zniknął. Pomysłów na uniknięcie wieczornych uczt w domu mam wiele, np. jeść na mieście (ale …nie lubię, a jeśli już to sporadycznie), gotować na parę dni i mieć przygotowane coś do podgrzania (ale…wolę świeże), wracać późno do domu, najlepiej po zajęciach jogi czy pilatesu i zjadać coś małego, np. jabłko. Żaden z tych pomysłów na dłuższą metę w moim przypadku nie sprawdza się.

Oczywiście każdy z nas wie, czy ma problem z jedzeniem, czy nie? Czy uważa, że jego sposób odżywiania się jest prawidłowy i adekwatny do wieku czy nie? Nie jest moim zamiarem sugerowanie komukolwiek, że „ciastko na smutki” od czasu do czasu to zły pomysł. Ja oceniam go jako nienajlepszy, dla kogoś innego może być dobry i niech się tego trzyma. Zdarza mi się słyszeć teksty w rodzaju: dlaczego mam sobie odmawiać czegoś słodkiego, przecież człowiek ma tak niewiele przyjemności, i miałby sobie jeszcze odmawiać kawałka ciasta? No cóż, sama też często podążam takim tokiem rozumowania, kiedy jest mi źle i smutno, choć zdaję sobie sprawę, że to dość żałosne tłumaczenie.

Wracając z pracy do domu, przynosimy ze sobą nie tylko siatki z zakupami, ale też całodzienny stres, niezałatwione sprawy, niewypowiedziane żale, pretensje, gniew, ale bywa też, że przynosimy radość z jakiegoś sukcesu, fajny komplement, rozpierającą nas energię z jakiegoś powodu, ale nie mamy komu o tym opowiedzieć, nie ma z kim się tym podzielić, bo albo nikt w domu na nas nie czeka, albo nikogo to nie interesuje. Kto nas przytuli, kto sprawi, że poczujemy błogi spokój, na kim możemy wyładować gniew, agresję (gryząc i żując)? Jedzenie, nasz przyjaciel i wróg jednocześnie.

Relacje z jedzeniem są odzwierciedleniem naszej relacji z życiem, odbiciem naszych wierzeń i przekonań – czytam w tekście „Jedzenie jak narkotyk”. Aby ta relacja była zdrowa musimy przestać traktować jedzenie jako pocieszenie, sposób na stłumienie emocji czy poradzenie sobie ze stresem i nauczyć się znosić to, co ukryte i co wydaje się być nie do zniesienia. Może to być brak spokoju, pewności siebie, miłości, pustka. Jedzeniem zagłuszamy siebie, gdy życie wydaje się zbyt trudne, to odwracanie się od teraźniejszości, od bycia, tu i teraz.

W cytowanej publikacji znalazłam sposób na opanowanie chęci sięgnięcia po coś do zjedzenia. Otóż, dobrze jest zatrzymać się na chwilę, poobserwować ciało, uspokoić oddech, spróbować uświadomić sobie, co czuję i zadać sobie pytanie – czy jestem głodna? Jeśli jedzenie służy nam do zagłuszania czegoś, unikania, trzeba nauczyć się dopuszczać do siebie owe trudne myśli i emocje. One nas nie zniszczą, a pozwalając im dojść do świadomości, sprawiamy, że stracą swoją moc. Gotowość do konfrontacji z uczuciami takimi jak smutek, strach, gniew i poszukiwanie tego, co kryje się pod nimi, np. lęk przed odtrąceniem, opuszczeniem, samotnością, odbiera im siłę rażenia. Przyglądajmy się swoim emocjom z ciekawością i życzliwością, zwłaszcza tym, za którymi nie przepadamy i które próbujemy zagłuszyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s