Kto czyta, ten błądzi…

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek sięgnąć po książkę, dzieło literackie, bestseller, o którym słyszeliście same pozytywne opinie, który otrzymał mnóstwo nagród, włącznie z Noblem w dziedzinie literatury, a Was po prostu taka książka rozczarowała i musieliście ją odłożyć? Mnie się zdarzyło i zdarza. Czy dlatego, że po takich zachwalanych książkach dużo więcej się spodziewam? Niekoniecznie. A może dlatego, że moja percepcja nie jest wysokich lotów, a gust czytelniczy niezbyt wysublimowany? Może.

Podobno Polacy mało czytają, co potwierdzają wyniki badań. Wbrew tym niechlubnym statystykom, sama czytam dużo, intensywnie i namiętnie, a podobny „głód” czytania dostrzegam u bliższych lub dalszych znajomych, o blogerach nie wspominając. Nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, abym nie przeczytała chociaż kilku stron książki dziennie, tym bardziej, że korzystając z e-czytnika, mam to zadanie ułatwione. Niemal każdą wolną chwilę poświęcam czytaniu, w autobusie, u fryzjera, w przychodni, wszędzie tam, gdzie trzeba poczekać, a nie lubię czekać … bezczynnie.

Ostatnio nie mam szczęścia do lektur, co jest bardzo frustrujące. Czytany aktualnie „Macbeth”, głównie z powodu miłości do autora, nie porwał mnie, ale przeczytam do końca. Podobnie mam z książkami mistrza thrillera, Harlana Cobena. Czytam, ale bez większego entuzjazmu. Zdarza mi się nierzadko odłożyć książkę, najczęściej po kilkudziesięciu stronach, ale bywa też, że daję książce szansę licząc, że może jakimś cudem „wciągnę się” w jej treść i bywa, że dochodzę do połowy, a potem rezygnuję. Szkoda czasu na coś, co jest dla mnie zwyczajnie nudne, nie wnosi żadnej wartości do mojego czytelniczego życia.

Często rozczarowujące okazują się dla mnie książki określane mianem bestsellerów. Wydawałoby się, że pozycja przyciągająca tysiące (miliony) czytelników, musi mieć w sobie coś, czego ja (chyba) nie dostrzegam. Tak było np. z „Pępowiną” Majgull Axelsson. Dałam tej książce szansę dochodząc do setnej strony i czekając na jakikolwiek impuls, który zachęcałby mnie do dalszej lektury. Rozczarowałam się, pomimo tylu przeczytanych wcześniej dobrych recenzji na temat tej książki. Podobne doświadczenia miałam z młodym, zdolnym i bardzo płodnym autorem kryminałów, Remigiuszem Mrozem. Po przeczytaniu jego (chyba) pierwszej książki „Kasacja”, postanowiłam nie sięgać po kolejne. Tak samo miałam z Katarzyną Bondą, chociaż jej chyba dam jeszcze kiedyś szansę. Dla mnie książka, bez względu na gatunek, musi mieć to „coś” i trudno mi lapidarnie określić, co pod tym słowem rozumiem, dotyczy to i treści, i stylu, i tempa, i sensu (przesłania). Nawet kryminał, a więc pozycja czytana z założenia dla relaksu, może do mnie trafiać lub nie, może mi się czytać dobrze lub fatalnie.

O gustach się nie dyskutuje. Bywa jednak tak, że gusta czytelnicze innych mają wpływ na nasze własne wybory. Jeśli w rankingu najwyżej ocenianych książek znajduje się pozycja X, to mniemam, że w najgorszym wypadku przynajmniej ją przeczytam. Nic bardziej mylącego. Przeglądając opinie na temat książek na specjalistycznych portalach, można trafić na opinie diametralnie różne. Jedni pieją z zachwytu, inni nie zostawiają suchej nitki. Którą opinią się kierować? Najlepiej wyrobić sobie własne zdanie. Ale w sytuacji, kiedy książka kosztuje dziś nie mniej niż 39,99 zł, wskazana byłaby w tej kwestii rozwaga. Gdyby nie możliwość czytania e-booków, już dawno bym zbankrutowała. Raz w roku robię porządki w biblioteczce i za każdym razem odkładam książki „do oddania”. Niektórych nie pozbędę się nigdy, bo wiem, że będę do nich wracać. Dobra książka to taka, która za każdym kolejnym czytaniem dostarcza nowych wrażeń i składnia do innych refleksji. Tak miałam niedawno po przeczytaniu po raz trzeci „Lalki”.

Kwestia, czym się kierować w wyborze kolejnej książki jest dla mnie, jako osoby czytającej nałogowo, szalenie ważna. Kiedy nie mam „zapasu” odczuwam wyraźny niepokój. Muszę mieć przynajmniej jedną książkę czekającą w kolejce. Mój kolega czyta to, co wcześniej przeczytała jego żona, a bywa też, że sugeruje się moimi podpowiedziami. Koleżanka korzysta z publicznej wypożyczalni i kiedy nie ma w niej książki, którą ktoś jej polecił, albo pyta pracującą tam panią albo po prostu bierze z półki … pierwszą lepszą pozycję. Sama czytam zachęcona recenzjami, z klasyki sięgam po to, co polecają niektóre rankingi, np. 100 najlepszych powieści według „The New York Timesa”. Przejrzałam wiele blogów o książkach, udało mi się znaleźć na wielu z nich jakieś podpowiedzi, ale bardzo często były one nietrafione, więc i ten sposób zarzuciłam.

Książek jest teraz całe mnóstwo, tych nowych dopiero co wydanych i tych starych po raz n-ty wznawianych. Książka to przecież towar. Ma kusić i przyciągać. Reklamy zachęcają do zakupu. Wybór ogromny. Ale im większy wybór to i większy dylemat, co wybrać i czym w tym wyborze się kierować. Wolę delektować się jedną dobrą i dla mnie wartościową pozycją, niż połykać bestsellerową sieczkę. Problem w tym, że zanim trafi się na jakąś wartościową (w naszym mniemaniu), trochę sieczki trzeba zjeść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s