Smęcenie

Jeszcze kilka notek temu pisałam o szklance do połowy pełnej, a teraz mam ochotę napisać, że moja szklanka od pewnego czasu jest wciąż w połowie pusta. Czy to tylko taki etap czy jakiś zwrot? Nie wiem, ale liczę na to, że wyjdę z takiego stanu oglądu świata, bo na dłuższą metę po prostu nie mogę sama ze sobą wytrzymać 😉

Kolega martwi się, że mało ostatnio do niego piszę, podejrzewa, że może czymś mnie uraził, a ja zwyczajnie nie chcę smęcić. To chyba dobre określenie na stan, kiedy nasze życie kręci się wokół spraw przyziemnych i niezbyt przyjemnych. Ktoś mądry powie, że trzeba sobie wtedy znaleźć coś przyjemniejszego i będzie miał rację, ale… czasami się nie da, albo to nie działa i już.

Koleżanka mówi, żeby dokonać … wyparcia, czyli zepchnąć niemiłe rzeczy w czeluść podświadomości, czyli przestać o nich myśleć. Czy to jest dobra metoda? Chyba dość dziecinna i niezbyt skuteczna. Bywa że problemy, o których staramy się nie myśleć, wracają ze zdwojoną siłą.

Racjonalne wyjście jest oczywiste. Problemy są po to, aby je rozwiązywać. Po kolei, metodycznie. A jeśli czegoś boimy się zrobić, to przeciąganie w czasie, a tym bardziej wypieranie niczego dobrego nie przyniesie. Trzeba działać według zasady: zrób to, czego boisz się, a lęk zniknie. Bardzo lubię takie mądre teksty, ale wstyd przyznać, nie zawsze się do nich stosuję. Bo jestem zwyczajnym człowiekiem, nie jakimś tytanem.

Kiedy jest się osobą raczej sympatyczną, to ludzie lubią obarczać nas swoimi zmartwieniami. A ja chyba do „dobrych słuchaczy” należę i nawet jeśli chciałabym wspomnieć o swoich sprawach (posmęcić) zaprzyjaźnionym osobom, po prostu trudno się przebić. Smęcimy często najbliższym, najlepiej rodzinie, a oni smęcą nam. Dla wrażliwców ma to ten skutek, że zatruwamy w ten sposób życie tych, których kochamy, bo oni zaczynają się martwić o naszą kondycję, zarówno fizyczną jak i psychiczną. Kiedy przyzwyczai się ludzi do tego, że na swoich barkach dźwiga się wiele, to każdy chętnie dorzuci parę ciężarów, niestety.

Koleżanka narzeka na inne koleżanki do mnie, zamiast powiedzieć im w oczy to, co ją wkurza czy irytuje. Nie lubię słuchać smęcenia, więc zdaję sobie sprawę, że sama w roli smęcącej też nie jestem… atrakcyjnym rozmówcą. Dlatego staram się nie smęcić, choć łatwo nie jest. Kiedy dopadnie nas kilka problemów na raz, trudno zebrać w kupę i tryskać humorem.

Problemy mogą być większego i mniejszego kalibru, niektóre z nich mobilizują do działania, inne podcinają skrzydła, a najgorsze są takie problemy permanentne. Każdy z nas ma jakiś „temat”, choćby kogoś z bliskiego otoczenia, kto potrafi dopiec, a od kogo nie można się odciąć ( z różnych powodów). Czasem wystarczy jeden nieduży problem, aby „dopełnił dzieła” i spowodował popadnięcie w stan smęcenia. Mnie dobił ząb, który okazał się być do usunięcia i trzeba go będzie zastąpić w jakiś sposób (kosztowny), tym bardziej, że jest w miejscu dość widocznym. Nie tego się spodziewałam, bo rok temu mój dentysta go „uratował”, a teraz wyjechał na urlop i tzw. ekstrakcję mam przesuniętą w czasie. Ząb niby nie boli, ale odrobinkę ćmi, a może lepiej powiedzieć smęci, tak jak ja.

Dobrze, że chociaż upał się kończy, dzięki temu odpadnie mi jeden powód do smęcenia.

Osoby nie smęcące pozdrawiam, a ze smęcącymi łączę się w bólu i pozdrawiam jeszcze serdeczniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s