To idzie młodość!

Z młodymi ludźmi stykam się w pracy często, a ostatnio coraz częściej, bo nam się kadra nieco odmłodziła. Współpracuje mi się z młodymi różnie, najczęściej bez większych problemów, głównie dlatego, że jestem …młoda duchem i wyrozumiała. Pamiętam, jak kiedyś sama stawiałam pierwsze kroki w zawodzie i wiem, ile czasu potrzeba, aby się jako tako zorientować nie tylko w swoich obowiązkach, ale też w różnych niuansach ułatwiających pracę. Nauka wyniesiona ze studiów na niewiele się zda, potrzeba doświadczenia. Miałam problem z proszeniem o pomoc starszych stażem, próbowałam dawać sobie radę sama, co różnie się kończyło.

Dzisiejsza młodzież o pomoc prosić potrafi, ale mam wątpliwości, czy ją docenia. Na niedawnym spotkaniu usłyszałam od swojej młodej współpracowniczki, że w jej słowniku nie ma słowa „niemożliwe”. No cóż, dużo entuzjazmu nie zawsze wystarcza. A może powinnam się tego od nich nauczyć? Czy w dzisiejszych czasach istnieje jeszcze relacja mistrz-uczeń? Kiedyś na zaistnienie takiej relacji była szansa, bo ludzie pracowali w jednej instytucji dość długo. Teraz pracodawcę zmienia się często. Nikt się szczególnie nie przywiązuje. Zatem kto ma uczyć młodszych „fachu”? Sama zmieniałam pracę tylko raz. Czy to dobrze czy źle? To kwestia indywidualna, jedni zmiany lubią, inni, tacy jak ja, cenią sobie „stały ląd”.

Pamiętam, jak w poprzedniej pracy dostałam pod opiekę stażystę. Chłopak miał marzenia, które sięgały dalej niż to, co ja robiłam i czego ja mogłam go nauczyć. Jednak dzięki mnie zyskał tzw. kontakty w branży, które przydały mu się w dalszej drodze zawodowej. Nie przejawiał szczególnych zdolności w bliskiej mi dziedzinie, do której starałam się go przekonać, zainteresował się czymś pokrewnym i spełnił swoje marzenia. Podczas naszej współpracy wiele się w jego życiu zdarzyło. Spotkał miłość swojego życia, a ja tańczyłam na jego weselu. Teraz kontakt mamy sporadyczny, on ojciec dzieciom, zawodowo mocno zaangażowany, ale sentyment do tych czasów stażowania został, przynajmniej u mnie.

W obecnej pracy nie mam okazji opiekować się stażystami, ale z młodymi ludźmi współpracuję często, a nawet kumpluje się z dwiema trzydziestkami. Młode mi się zwierzają, proszą o pomoc w dziedzinach, w których jestem lepsza. Doceniają pomoc, ale też próbują dawać sobie radę samodzielnie.

Zdarzają się też przypadki nieciekawe. Tupet i pewność siebie widać i czuć na odległość. Nie zawsze mogę uniknąć kontaktów z takimi osobami, jednak dość szybko orientuję się z kim mam do czynienia i ograniczam relacje do niezbędnego minimum.

Na moim zawodowym poletku w aktualnej pracy nie będzie kto przejąć pałeczki, kiedy odejdę na … zasłużoną emeryturę, na którą oczywiście wcale się nie wybieram, ale sami wiecie i rozumiecie, że nie wszystko od nas samych zależy. Nie sądzę, aby był problem z zastąpieniem mnie kimś innym, wolałabym jednak dostać taką osobę wcześniej na „wychowanie”, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

W bliskim mi dziale pracuje kobieta, która już dawno osiągnęła wiek emerytalny, ale chęć do pracy nadal przejawia i jest dobra w tym, co robi, więc każde nowe kierownictwo dość szybko orientuje się w jej przydatności. Oczywiście plany rozdzielenia przynależnych do niej zadań były podejmowane, ale kończyły się fiaskiem. Każdy szef chce mieć pewność co do profesjonalizmu swojego personelu. Ostatecznie odpowiada za ich błędy. Nikt nie chce tracić czasu na poprawianie innych i przyuczanie ich. Kobieta „niezastąpiona” również tego nie chce, bo nie leży to w jej interesie. Skoro ma siły i zdrowie, a pracować lubi, dlaczego ma sobie wychować następcę, który obrośnie w piórka i zepchnie ją z zajmowanego stanowiska, bo o takich historiach nie raz się słyszało. Obserwuję tę sytuację z boku i jestem ciekawa dalszego ciągu, bo przecież kiedyś ze sceny zejść trzeba, a ktoś z młodych musi być rzucony na głęboką wodę.

Będąc studentką trafiłam razem z kolegą na praktykę do renomowanej firmy. Pierwsze zebranie zespołu, rozdzielanie zadań i w pewnym momencie szef rzuca pomysł, że to ja mam „coś” zrobić. Ja? W życiu tego nie robiłam!! Nie dam rady! Nieśmiało proszę: to może razem z kolegą to zrobimy? Szef kiwa głową. Pojechaliśmy. Kolega dość szybko odnalazł się w temacie, w przeciwieństwie do mnie. Ja wciąż nie mogłam uwierzyć, jak można praktykantce dać tak odpowiedzialne zadanie. To był skok na głęboką wodę, ale w moim przekonaniu … do pustego basenu. Kolega inaczej na sprawę spojrzał i poradził sobie, dzięki tupetowi. Temat został załatwiony, szef nie narzekał. Ja praktykę skończyłam zgodnie z planem po miesiącu, kolega wkręcił się do jakiegoś zespołu i zaczął z nimi współpracę, już za pieniądze. A po studiach dostał tam pracę. No cóż, widocznie skok na głęboką wodę nie każdemu wychodzi, a niektórzy nawet nie chcą spróbować.

Moje spojrzenie na ludzi młodych na zawodowej niwie jest z pewnością bardzo subiektywne. Każda firma ma swoją specyfikę, dużo zależy od kadry kierowniczej, jak postrzega relacje wiekowe w zespole, czy ceni doświadczenie starszych pracowników, czy woli energię i tupet młodych. Sztuką jest te dwa żywioły ze sobą połączyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s