Życiowy cel czyli coś do odkrycia

Jaki jest nasz życiowy cel? Takie pytanie wywołuje zaskoczenie, a potem milczenie… bo przecież nikt się nad tym na co dzień nie zastanawia. O co chodzi? Co to za pytanie? Realizujemy przecież różne cele, ale czy to się da określić jednym słowem?

Większość z nas ma trudności w nazwaniu tego swojego życiowego celu, bo nie tylko nikt nam takiego pytania nie zadaje, ale nie zadajemy go sobie sami. Nie mamy czasu i okazji, aby o czymś takim pomyśleć. Żyjemy w pośpiechu, realizując zadania, podejmując wyzwania, spełniając obowiązki i powinności. Rzadko myślimy o kwestiach takiego kalibru, albo po prostu czujemy intuicyjnie, że realizujemy jakiś cel, na który składają się różne elementy, nie dające się sprowadzić do jednego mianownika. Czy życiowy cel można ograniczyć do kwestii zawodowych, pasji? A może wyłącznie do sfery prywatnej? Pewnie u każdego wygląda to inaczej, ale… Może warto zapytać siebie, czy nasze życie jest satysfakcjonujące, czy jesteśmy z niego zadowoleni? Jeśli tak, to czy można uznać, że …swój życiowy cel realizujemy? A jeśli nie jesteśmy zadowoleni i nie czujemy się spełnieni, czegoś nam brakuje, to może się okazać, że między życiem, jakie prowadzimy, a tym, jakie chcielibyśmy prowadzić jest rozdźwięk.

Nawet jeśli odkryjemy, że żyjemy nie realizując swojego życiowego celu, który gdzieś sobie w naszej głowie drzemie, to najczęściej nie podejmujemy żadnych kroków, aby nasze życie zmienić. Być może ze strachu przed zmianą, która jest niepewna i która mogłaby zburzyć nasze status quo, być może z lenistwa, a może właśnie z braku czasu, bo mamy na głowie inne, bardziej prozaiczne problemy. Bywa też tak, że te nasze życiowe cele wrzucamy do worka mrzonki, nie dajemy im szans realizacji, więc pozostajemy (a może tkwimy) w tym życiu, które jest znane, w miarę ciepłe i stabilne. Ileż odwagi trzeba, aby  je obrócić o 180 czy nawet o 360 stopni? Co powiedzą na to nasi bliscy, ci, którym musimy zapewnić środki do życia? Jeśli zajmiemy się realizacją marzeń, kto zapłaci czynsz, czesne za szkołę, ubrania dla dzieci, prywatnego lekarza dla rodziców, opiekunkę, etc. Bo czy z realizacji marzeń można żyć? Może niektórym to się udaje, ale wielu klepie biedę…przynajmniej na początku. Biografie sławnych artystów pełne są takich przykładów. Tylko ich spadkobiercy mogą czerpać wymierne korzyści z tego, że przodek realizował swój życiowy cel. Ale chyba nie o to nam chodzi. Gdyby się tak głębiej zastanowić, to czy obecna rzeczywistość tak bardzo odbiega od tej sprzed stuleci? Ilu filozofów i historyków pracuje na etatach kompletnie nieprzystających do kierunków, w których się wyedukowali. A może wybór studiów też był przypadkowy? Bo nie dostali się na przykład na wybrany kierunek, a na innym były wolne miejsca.. Sama też trafiłam na kierunek, którego sobie nie wymarzyłam. Można powiedzieć, że to los zdecydował… że po szkole średniej, która była liceum zawodowym („musisz mieć zawód w ręku, a studia? jak będziesz chciała też będziesz mogła pójść”) jeszcze nie widziałam do końca, co chciałabym robić zawodowo. Ale po pierwszym kierunku, wiedziałam już cokolwiek więcej, więc poszłam na studia podyplomowe. Udało mi się pracować w zawodzie, który mnie satysfakcjonował, choć nie jestem pewna, czy to było to, o czym marzyłam? Firma mała, moja siła przebicia równie niewielka. Na pewno bardziej mi ta praca odpowiadała niż to, co zaczęłam robić później, choć przecież w każdej pracy można znaleźć rzeczy, które są dla nas ciekawe, a bywa, że pasjonujące.

Magda z selfmastery.pl twierdzi, że życiowego celu się nie szuka, jego się odkrywa. Jest to taki dar do odkrycia. Piękne określenie. Bardzo podoba mi się również sformułowana przez Magdę definicja: „życiowy cel to jest wspólna przestrzeń pomiędzy Twoimi naturalnymi zdolnościami, talentami, skłonnościami, zainteresowaniami – czyli wszystkim tym, czego wykorzystywanie przynosi Ci radość i poczucie sensu – a służbą innym, inaczej można powiedzieć potrzebą świata. Czyli krótko mówiąc – Twój życiowy cel, jest tam gdzie Twoja największa radość spotyka się ze służbą innym i potrzebą świata.” Brzmi to poważnie, nawet górnolotnie i człowiek się zastanawia, czy on czyli taki zwykły człowiek jest w stanie takiej definicji podołać? Może takich ludzi, którym udaje się życiowy cel osiągnąć jest niewielu, ale można przecież mieć cel …  bardziej prozaiczny, co nie znaczy, że gorszy. Ważne, abyśmy potrafili go realizować. Jaki życiowy cel ma pan Waldek, który na emeryturze musi dorabiać, sprzątając biura, także w mojej firmie? Z tego, co wiem, pan Waldek pracował kiedyś w administracji jako tzw. pracownik umysłowy (tak się kiedyś mówiło), nie wiem, czy lubił tę pracę czy nie. Nie pytam go też, czy lubi obecne zajęcie. Nie wygląda na przybitego. Jest uśmiechnięty, miły, uczynny, inteligentny… Raz w roku wyjeżdża do syna i wnuków w Norwegii, bo w Polsce nie ma już bliskiej rodziny. Nie zapytam go o życiowy cel, bo takie pytanie każdy sam powinien sobie zadać, o ile w ogóle taki temat go interesuje.

Czy bez życiowego celu da się żyć? Z pewnością. Ale czy jest to życie szczęśliwe, spełnione? Jeśli ktoś uważa, że jego życie nie potrzebuje zmiany, że jest satysfakcjonujące, to gratuluję i życzę szczęścia. Ten tekst nie jest dla niego. Jeśli jednak czegoś nam brakuje, nie czujemy satysfakcji z tego, co robimy, wtedy pytanie o życiowy cel warto sobie zadać. Od czego zacząć? Najpierw trzeba wiedzieć, co jest naszym naturalnym talentem, do czego mamy dryg, a jak nie widzimy (nie dostrzegamy) czegoś takiego, to popytajmy znajomych, rodzinę, co im się podoba u nas? Co nam dobrze wychodzi? Jak byłam małą dziewczynką uwielbiałam śpiewać, wykorzystywałam każdą okazję, aby występować, gdzie tylko się dało. Czy miałam talent do śpiewania? Nie mam pojęcia, ważne, że wszystkim się to moje śpiewanie podobało. Występowałam na dużych uroczystościach szkolnych i kościelnych, a raz nawet przed …. przed Prymasem Polski. Do czasu pojawienia się w wieku nastoletnim tremy, śpiewanie było tym, co lubiłam najbardziej. Trema, brak wiary w siebie, pierwsze nieudane występy (w moim mniemaniu nieudane, a realnie po prostu nie zdobywałam nagród) spowodowały, że śpiewać przestałam. Sentyment do śpiewania do tej pory mi pozostał, i próbowałam wielokrotnie znaleźć jakieś miejsce do amatorskiego muzykowania, ale nie sądzę, aby śpiewanie było tym kierunkiem, w którym miałabym w drugiej połówce życia pójść 😉 Kiedy zobaczymy, albo inni nam podpowiedzą, jakie są te nasze naturalne talenty, to już zrobiliśmy duży krok do przodu. Nikt nam jednak nie wskaże życiowego celu, bo do tego trzeba dojść samemu. Może stanie się to metodą prób i błędów, i w takim przypadku trzeba przyznać, że młodzi ludzie mają na takie próbowanie dużo czasu. Inaczej jest w wieku dojrzałym, nie mówiąc o ograniczeniach wynikających z wieku. Nawet jeśli jest entuzjazm, to z siłami i możliwościami psychofizycznymi jest gorzej. Aczkolwiek…. widziałam niedawno 88-letnią kobietę szalejącą na parkiecie z młodszym o 40 lat mężczyzną w amerykańskim „Mam talent”. Trudno uwierzyć, że takie wygibasy są w tym wieku możliwe. Czy to nie dowód, że ograniczenia są tylko w naszej głowie?

Kiedy obserwuję bliższych i dalszych znajomych, widzę, że dla wielu życiowy cel kręci się wokół spraw materialnych. Takie cele najbardziej ich ekscytują. Najpierw mieszkanie, potem dom, a potem lepszy samochód, i jeszcze większy dom, tak duży, że już nie można się w nim odnaleźć… Czy życiowym celem może być zarobienie miliona złotych? Owszem, może niektórym taki cel przyświeca i dążą do niego z różnym skutkiem. Wyobraźmy sobie jednak, że już ten milion mają i co dalej? Jaki wtedy będzie ten życiowy cel? Może 2 miliony? A może coś innego, również materialnego. Albo kariera, pięcie się po jej szczeblach na sam szczyt. Dzisiaj wielu młodych ludzi robi tzw. karierę w tempie zawrotnym. Kiedy patrzę na młodych ministrów, posłów, dyrektorów to mam mieszane uczucia. Sama doświadczyłam awansu w swojej pierwszej pracy, było to jednak stopniowe i obejmowało, co najmniej 5 szczebli, a kolejny awans miał miejsce co jakiś, określony, czas. Teraz można zostać szefem dużego zespołu (instytucji) bezpośrednio po studiach, czy to dobrze? Jest teoria, że tacy ludzi są nieskażeni .. korporacyjnością, mają świeże spojrzenie, dlatego potrafią dokonać zmian w skostniałej często strukturze. Nie zgadzam się z tym poglądem, i uważam, że przynosi to więcej szkód niż pożytku. Kiedy zostaje się szefem działu, ale wcześniej przeszło się w tym dziale kilka szczebli awansu i zna się dobrze tę pracę, wtedy kierowanie zespołem jest i łatwiejsze i chyba efektywniejsze, nie mówiąc o aspekcie ludzkim, choć z tym różnie bywa.

Zastanawiam się, czy próby odkrywania życiowego celu w okresie zbliżania się do wieku emerytalnego mają jakiś sens? Bardziej to pasuje do ludzi młodych, albo przynajmniej w kwiecie wieku. A może właśnie to jest dobry okres, bowiem wtedy człowiek nic nie musi, i może robić to, co chce. Do głosu dochodzi intuicja, serce. Jak mówi Magda z selfmastery.pl „odkrycie życiowego celu czy powołania, nie jest wcale kwestią decyzji, kwestią przemyślanego wyboru, woli czy narzucenia sobie czegoś, polega za to na słuchaniu i kierowaniu się w swoich działaniach tym, co słyszymy, zaufaniu temu”.

Każdy najlepiej wie, co mu w duszy gra. Koleżanka z biura, z którą rozmawiałam o planach na emeryturę, wspomniała o wolontariacie. Jeszcze nie wie konkretnie, co to miałoby by być, ale poszłaby raczej w kierunku ekologii i ochrony zwierząt, bo to ją interesuje, przynosi satysfakcję i sprawia radość. Druga koleżanka mogłaby już przejść na emeryturę, ale nie chce, bo … co ona będzie robić na tej wsi, w swoim dużym i pustym domu? Córka z wnukiem mieszkają w mieście i nieczęsto ją odwiedzają, a ona nie ma pomysłu na siebie jako emerytkę. Ma tylko pracę i trzyma się jej mocno, pomimo stresu i przejawów mobbingu ze strony przełożonego. Radzę jej, aby czegoś poszukała w mniejszym wymiarze czasu pracy, np. doradztwo w dziedzinie, którą się zajmuje. A może coś innego? Widzę pustkę i lęk w jej oczach. Bo czy po 40 latach pracy w jednym miejscu i w jednej dziedzinie, można zacząć robić coś innego? Można. Ale to ona sama musi to odkryć. Nikt jej nie podpowie, co to miałoby być.

Mam z określeniem „życiowy cel” ten problem, że takie sformułowanie sugeruje objęcie nim dużej części naszego życia, a po 50-tce czy 60-tce człowiek widzi, że tego czasu to już niewiele mu zostało, więc czy warto cokolwiek zmieniać, czy warto podejmować jakieś wyzwanie, skoro jego realizacja będzie … krótka? I w tym miejscu przypomina mi się tytuł „lepiej późno niż później” oraz słowa Magdy z selfmastery.pl, że przecież nie trzeba rzucać wszystkiego, co do tej pory się robiło, czy osiągnęło, że można zacząć realizować swój życiowy cel krok po kroku. Chodzi w uproszczeniu o to, aby wykorzystać swój potencjał i zacząć robić to, co się lubi, a każdy wie, co lubi. Polecam wątpiącym taką wizualizację:

„Czy gdybyś dzisiaj miał 100 lat i spojrzał na swoje życie z tej perspektywy to miałbyś poczucie, że Twoje życie miało sens? Jeżeli od dzisiaj do tej setki będziesz żył tak jak żyjesz, do tej pory, to będziesz miał poczucie sensu na końcu czy nie? Jeżeli nie, to co możesz zrobić inaczej od dzisiaj do tej setki, żeby to poczucie się pojawiło? Od czego byś zaczął? Ciekawe pytania.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s