Archiwa miesięczne: Grudzień 2020

Postanowienia noworoczne – dlaczego nie działają?

Nowy Rok jest szansą na zmiany. To okazja do rozpoczęcia czegoś albo skończenia czegoś innego. Nowy Rok prowokuje, zachęca, intryguje, dlatego część z nas czyni sobie 1 stycznia jakieś noworoczne postanowienia. Czy to ma sens, skoro najczęściej z tych postanowień niewiele wynika? Czy robimy to dla lepszego samopoczucia, a może z naiwnej wiary, że tym razem się uda?

Ile razy postanawiałam, że będę jeść mniej słodyczy, ale więcej ćwiczyć, że będę wcześniej zasypiać, ale też wcześniej wstawać, że pójdę do lekarza po skierowania i zrobię zaległe badania kontrolne? Ile razy postanawiałam, że wypracuję sobie dobre nawyki, a te niedobre odejdą do lamusa, że w moim życiu będzie mniej telewizji, więcej książek, mniej taniej rozrywki, więcej medytacji i uważności.

Kiedy sobie coś postanawiamy, to intencje przyświecają nam dobre, gorzej z ich wykonaniem. I człowiek się zastanawia, czemu postanowienia noworoczne nie działają? Przecież mamy motywację, mamy silną wolę, przynajmniej do czasu. A może zrobić coś, co spowoduje, że zaczną działać. Ale co? Dlaczego w tym roku miałoby być inaczej niż wcześniej? Sama data przecież niczego nie zmienia, a motywacja z początku roku powoli słabnie. A może popatrzeć na postanowienia z perspektywy dekady, następnej dekady naszego życia i solidnie się nad nimi zastanowić.

Czemu postanawiamy to samo od dziesięciu lat, a i tak wszystko zostaje po staremu? Pierwszy problem to wiara w to, że jakimś cudem zmiana daty nas zmieni. Sama data niczego nie zmienia, ale można jej użyć do tego, żeby skorzystać z tej psychologicznej szansy, jaką daje nowy rok. Czyli można zrobić z tego nowy początek pod warunkiem, że zmienimy podejście do tego. Przestańmy przeżywać nowy rok, popatrzmy na dekadę. Postanowienia nie działają też dlatego, że mało kto podchodzi do nich poważnie i naprawdę się angażuje. Dominuje raczej myślenie życzeniowe na zasadzie, jakoś to będzie. Poza tym brakuje nam wizji zmiany, która byłaby ekscytująca i wzbudzała jakieś emocje. Szczególnie po serii porażek, ciężko jakieś pozytywne emocje w sobie wyzwolić. Ważna jest wizja tego, czego chcemy i ta wizja powinna być na tyle inspirująca, żeby przyciągała naszą uwagę, wzbudzała emocje i chęć działania. A może lepiej będzie, kiedy słowo postanowienie zamienimy na słowo wybór, które brzmi poważniej?

Kolejna przyczyna niepowodzeń w realizowaniu postanowień sprowadza się do tego, że brakuje nam dobrego powodu do tego, żeby coś zmienić. Te postanowienia są takie trochę zawieszone w próżni. Chcemy schudnąć, bo sukienki i spodnie są teraz za ciasne, bo będziemy zdrowsze, bo koleżanki będą nam zazdrościć. Ale czy to są wystarczająco motywujące powody? Każdy ma inny powód, ale dobrze do niego dotrzeć i go poznać. Wtedy dieta czy codzienne ćwiczenia nabierają zupełnie innego znaczenia. Brak dobrych powodów do tego, żeby trzymać się swoich wyborów przez długi czas a nawet do końca życia, to jest często pocałunek śmierci dla zmian. Bo do takich zmian potrzebna jest wewnętrzna motywacja a nie 1 stycznia. Poza tym te dobre pytania, dobre odpowiedzi, sensowne powody i ekscytująca wizja nie są tylko po to, żeby dodać nam skrzydeł, ale też po to, żeby pomóc przetrwać trudne chwile i chwile załamania po drodze.  A przeszkody na pewno się pojawią. Pojawią się pokusy, zniechęcenie, zmęczenie i słabości, to  jest normalna część procesu.

Następny powód porażek to mało konkretne wybory czy postanowienia. Bo, co to za postanowienie – chcę schudnąć, chcę zadbać o zdrowie – to nic nie znaczy. To jest znów bardzo ogólne myślenie życzeniowe. Postanowienie na poważnie to jest decyzja, wybór. To powinno być konkretne. Kolejny dość częsty powód niepowodzeń w realizowaniu postanowień noworocznych to próba zmieniania całego swojego życia na raz, chcemy żeby zmiany były wielkie i spektakularne od razu, a lepiej to robić stopniowo, po kolei. Kiedy spędzamy mnóstwo czasu przed telewizorem, jedząc czekoladki, a po 1 stycznia chcielibyśmy chodzić na jogę 5 razy w tygodniu, serwować dietetyczne posiłki, a telewizor oddać komuś z rodziny, to może być prosta droga do klęski. Takie radykalne zmiany, wprowadzane na raz, raczej nie zadziałają. Realizowanie postanowień może się nie udać, bo brak nam planu oraz wiedzy o tym, co chcemy zmienić. Większość ludzi stosuje tę samą strategię od lat czyli…brak strategii i brak planu. Z planem wiąże się też gromadzenie wiedzy i zasobów. Jak chcemy schudnąć to warto wiedzieć ile kalorii jemy teraz, jaki powinien być deficyt, jak przebiega ten proces i jak to będzie przebiegać krok po kroku. A właśnie krok po kroku – rozsądnie jest podzielić duży cel na małe cele. To pomaga cieszyć się postępami i ocenić czy jesteśmy na dobrej drodze czy nie, czy posuwamy się w stronę głównego celu czy nie.

Z jednej strony nie podchodzimy za poważnie do naszych postanowień ale bywa też wprost przeciwnie, że podchodzimy do nich zbyt serio. Wierzymy, że będzie inaczej tak mocno, że każde potknięcie może być katastrofą i wtedy poddajemy się zbyt szybko. Może zamiast od 1 stycznia zacząć coś robić od dzisiaj, przecież nie ma na co czekać, bo sama data nic nie zmieni. Kiedy zaczniemy od razu to jak coś nam nie wyjdzie, wtedy łatwiej wrócić do naszego postanowienia. Nie ma poczucia zawodu. Cofanie się jest bowiem częścią procesu. Dobrze jest o tym pamiętać i traktować te dwa kroki w tył jako tymczasowe porażki. Najlepiej po prostu przyznać się, że coś poszło nie tak, pogodzić się z tym, stwierdzić, że tak bywa i znów postanowić, że od jutra zaczniemy od nowa. Dobrze też przypomnieć sobie – po co to robimy. Tymczasowe porażki mogą zmienić się w całkowitą porażkę, jeżeli zaczniemy wyrzucać sobie błędy, zamiast okazać sobie trochę zrozumienia i zwyczajnie wrócić do tego, co zaplanowaliśmy.

Skoro już wiemy, dlaczego postanowienia noworoczne nie działają, to może po prostu nie mieć postanowień, za to mieć plany na kolejny rok, a nawet na najbliższe lata. Dzięki temu nasze działania będą naturalne, spokojne i pozbawione rozczarowań.

Zatem życzę wszystkim realizacji planów na lata, a nie tylko na najbliższy rok 🙂

  • Zainteresowanych tematem odsyłam na stronę selfmastery.pl. Wpis zawiera fragmenty autorstwa Magdy Adamczyk, zaczerpnięte z tej strony.

Święta, czyli czas wybaczania…

Jako że Święta Bożego Narodzenia za pasem, kiedy to spotykamy się z najbliższymi osobami albo do nich dzwonimy, składamy sobie życzenia, dzieląc się opłatkiem, jako symbolem pojednania i przebaczenia, to może warto zająć się tematem wybaczania. Czy potrafimy wybaczać? Czym jest prawdziwe wybaczanie? Czy warto wybaczać i co to zmienia?

Wigilia to taki dzień, kiedy można się przełamać i odezwać do kogoś, kto w naszym przekonaniu nas skrzywdził, z kim jesteśmy skłóceni, z kim nie widzieliśmy się wiele lat, bywa, że jest to jedna z najbliższych nam osób. Jakże często zdarza się, że rodzeństwo nie utrzymuje kontaktów, ale również dzieci nie odzywają się do rodziców lub odwrotnie. Powody ku temu są na pewno poważne, ale czy nie da się ich puścić w niepamięć? Czy warto żyć przeszłością, rozpamiętywać stare żale, analizować doznane krzywdy i wzmacniać w ten sposób swoje negatywne emocje?

Z pewnością w życiu każdego z nas był albo jest ktoś taki, komu mamy co wybaczyć. Może ten ktoś jest daleko, a może blisko. Może to były mąż, który nas skrzywdził, i choć nasze drogi się rozeszły to wciąż te trudne chwile wracają w naszych myślach. Pamiętamy kłótnie, złe słowa, agresję, bywa, że nawet przemoc. Wydaje się, że kiedy związek rozpada się, i każda ze stron może zacząć wszystko od początku, to można byłoby wybaczyć i zająć się swoim życiem. Niestety, często jest odwrotnie, małżonkowie rozwodzą się, ale wojna nadal trwa, na domiar złego angażowane są w nią również dzieci.

Znam wiele takich historii, kiedy to byli małżonkowie nigdy nie zakopali wojennego topora. Wchodzą w nowe związki, ale ponieważ łączą ich dzieci, to spotykają się przy okazji ślubów, chrzcin i innych uroczystości rodzinnych. A wtedy odżywa chwilowo uśpiona niechęć, gniew, żal i poczucie krzywdy. Bywa też tak, że mąż już dawno nie żyje, a wdowa wciąż pamięta złe rzeczy, jakie w ich związku się wydarzyły, a więc nadal nie wybaczyła i nosi w sobie żal. Po co? Żeby poczuć się biedną, skrzywdzoną, ofiarą, bo tak przez wiele lat się czuła? Ten kto krzywdzi trafia na kogoś, kto pozwala się krzywdzić, a więc…? Nie chcę powiedzieć, że wina rozkłada się tu po równo, a raczej, że z perspektywy czasu można dojść do wniosku, że na wiele krzywd po prostu przyzwalaliśmy. Byliśmy słabi, zakompleksieni, mało asertywni. Analiza przeszłości pod kątem krzywd, jakie nam wyrządzono, pozwala wiele zrozumieć. A zrozumienie ułatwia wybaczenie. Można wybaczyć krzywdzicielowi, ale można też wybaczyć sobie, co jest trudniejsze. Wybaczyć sobie to, że pozwalaliśmy na krzywdzenie nas.

Brak wybaczenia będzie negatywnie wpływał na nasze życie teraz i w przyszłości. Rozpamiętywanie krzywd przez całe lata powoduje, że nigdy się od tych krzywd nie uwalniamy. Mamy w sobie emocje, gniew, stres i napięcie, co mocno się na nas odbija i zatruwa naszą  teraźniejszość i przyszłość. Kiedy ktoś nas oszukał, to teraz nikomu nie ufamy. Kiedy skrzywdził nas partner to każdego następnego traktujemy podejrzliwie. Aby przerwać to błędne koło potrzebne jest prawdziwe wybaczenie. Tylko co to znaczy i jak to zrobić? Najczęściej bowiem nasza chęć wybaczenia kończy się tym, że raczej udajemy, niż wybaczamy. Wmawiamy sobie, że coś już nas nie dotyka, że wszystko jest w porządku, ale ciągle gdzieś tam w środku obwiniamy kogoś o jakąś krzywdę i ciągle o tej krzywdzie pamiętamy. Może wydaje nam się, że jeżeli będziemy pamiętać te wszystkie krzywdy, to łatwiej będzie nam się przed nimi chronić w przyszłości. Ale w rzeczywistości to tak nie działa.

Prawdziwe wybaczenie polega na tym, żeby całkowicie odpuścić emocje, które pielęgnujemy w sobie w związku z krzywdą, jaka nas spotkała i na prawdziwym zapomnieniu tej krzywdy, wymazaniu jej z pamięci, jakby przestała istnieć. Wybaczam i zapominam. A jesteśmy w stanie tak wybaczyć, kiedy nie potrzebujemy już obwiniać nikogo o to, co się stało i zapominamy, kiedy nie potrzebujemy tego już pamiętać.

To obwinianie kogoś o nasze problemy życiowe i pamiętanie o krzywdach przez lata, to tak naprawdę są nasze mechanizmy obronne. Bo kiedy obwiniamy kogoś to pozornie jest nam lżej, przelewamy na tę osobę nasz gniew, frustrację, możemy na nią zrzucić też nasze niepowodzenia i błędy. To wygodne. Problem w tym, że to utrudnia poprawienie naszej sytuacji życiowej a tak naprawdę to uniemożliwia taką poprawę. Bo stawia nas w pozycji bycia wieczną ofiarą i powoduje, że pozbywamy się odpowiedzialności, za swoją przyszłość i za swoje błędy. Wydaje nam się, że to wszystko, co się dzieje to jest wina tego, że kiedyś tam ktoś nas skrzywdził a tak naprawdę to jest wina tego, że nie wybaczyliśmy tego. Problem polega na tym, że dużo osób źle rozumie wybaczenie. Uważają, że to przejaw słabości albo gotowość do biernego przyjmowania kolejnych ciosów, pochylania głowy czy wręcz poniżania się. Wybaczenie nie oznacza tolerowania jakiegoś zachowania, nie oznacza braku reakcji czy darowania kary, nie musi oznaczać też przymusu kontynuowania relacji z kimś, kto nam wyrządził jakąś krzywdę. Można się rozstać i wybaczyć. Wybaczenie to też nie to samo, co przyjęcie słowa przepraszam, jeżeli już ono pada. To jest coś dużo większego. Wybaczenie to jest zmiana emocjonalna, która zachodzi w osobie pokrzywdzonej. To jest skomplikowany proces, który wymaga pracy i wysiłku, ale to jest jedyna droga do tego, żeby uwolnić siebie i innych od tego ciężaru.

Czemu warto wybaczać? Warto wybaczać chociażby dlatego, że to nas uwalnia od toksycznego gniewu i stresu, który odbija się na naszym zdrowiu. Wybaczenie daje też szansę, że osoba która wyrządziła nam krzywdę, będzie chciała poprawić swoje zachowanie. Karanie ludzi w ramach zemsty, na zasadach oko za oko, tak naprawdę zatruwa nas, a tym ludziom blokuje drogę do poprawy.

Kiedy człowiek jest skupiony na budowaniu własnego życia, to nie ma ani czasu ani ochoty, aby gryźć się przeszłością, chować urazy, dlatego łatwiej mu wybaczać, łatwiej odpuścić gniew i pamięć o doznanej krzywdzie. Kiedy sami budujemy swoje życie, wtedy znika potrzeba obwiniania.

Zainteresowanym rozwinięciem tematu wybaczania polecam stronę selfmastery.pl

*

Wszystkim internetowym Znajomym i Nieznajomym życzę Spokojnych i Zdrowych Świąt Bożego Narodzenia, w zgodzie ze sobą i bliskimi, w atmosferze pojednania, przyjaźni i wzajemnej miłości.

Prokrastynacja, czyli odkładanie życia na później…

Od jutra zaczynam dietę… od jutra przestanę jeść mięso, albo czekoladę, od jutra rzucę palenie, a może picie. Na jutro odkładamy zdrowy tryb życia, bieganie, spacery, gimnastykę, medytację…ale też zmianę pracy, ciekawe projekty, napisanie książki, czy nawet notki na bloga. I tak w kółko… Skąd ja to znam? Odkładanie czegoś na jutro może nam wejść w krew do tego stopnia, że to jutro po prostu nigdy nie nadchodzi, ale zawsze gdzieś tam jest w perspektywie, a to znaczy, że wciąż tli się jakaś szansa na zmianę.

Przekładanie czegoś na wieczne jutro określa się słowem prokrastynacja. To nie jest to samo, co postanowienie, że od jutra będę np. uczyć się do egzaminu i kiedy to jutro nadchodzi, po prostu to robię. Prokrastynacja jest wtedy, gdy nasze postanowienie schodzi na dalszy plan, i zamiast się uczyć, zajmujemy się czymś zupełnie innym, bo… na naukę nie mamy ochoty, bo myślimy, że jeszcze zdążymy, np. pojutrze, albo po prostu mamy ciekawsze zajęcia… Dobrze pamiętam z czasów studenckich, kiedy to najbardziej intensywna nauka odbywała się kilka dni przed egzaminem, choć wcześniej obiecywaliśmy sobie bardziej systematyczną naukę, ale oczywiście wciąż były ważniejsze sprawy…Tyle, że egzamin w końcu nadchodził i nie było wyjścia, i trzeba było choćby w ten ostatni dzień zabrać się ostro do roboty.

Są jednak takie rzeczy w życiu, których odkładanie przychodzi nam z łatwością, bo nie ma tu wyznaczonego jakiegoś ostatecznego terminu, i tylko od nas zależy, a właściwie naszej samodyscypliny, czy chcemy, czy nie chcemy czegoś zrobić. To nasze plany, nasze ambicje, aspiracje, to nasze marzenia. Przecież możemy bez nich żyć, po prostu tak jak dotychczas… zwyczajnie, przeciętnie. Kiedy pomyślimy o tym naszym odkładaniu na jutro, to może się okazać, że straciliśmy w ten sposób kawał życia, nie zbliżając się nawet o milimetr do swoich celów i marzeń, takich jak lepsze zdrowie, dobra kondycja, zgrabna sylwetka, nauczenie się języka obcego, zdobycie ciekawszej, satysfakcjonującej pracy. Uciekamy do tego mitycznego „jutra” serwując sobie ciągłe napięcie, żal, poczucie winy i smutek, że nadal nie jest tak, jak byśmy chcieli. To prawda, że robienie tego, co zbliża nas do celów i marzeń, nie jest przyjemne, komfortowe i łatwe. Ile trzeba się napocić podczas godzinnego biegu, ile niezbyt smacznych, za to zdrowych i niskokalorycznych potraw trzeba zjeść, żeby zgubić zbędne kilogramy i zdobyć lepszą kondycję. Czy nie lepiej położyć się z pilotem w dłoni na kanapie, obok postawić talerzyk orzeszków, cukierków czy butelkę dobrego wina? Może nie lepiej, ale na pewno łatwiej. Bo wszystko, co wartościowe przychodzi z trudem, a wszystko, co bezwartościowe jest na wyciągnięcie ręki.

Czy prokrastynacja oznacza, że jesteśmy leniwi? Nie do końca. Żyjemy w czasach, w których oczekuje się szybkich nagród kosztem długofalowych korzyści. I chociaż wiemy, że najlepsze efekty przynosi regularna praca a nie praca wtedy i tylko wtedy, kiedy mamy na to ochotę albo czujemy natchnienie, to bardzo trudno wcielić to w życie, bo mozolna codzienna praca jest mało spektakularna. Kiedy przyzwyczaimy się do odkładania rzeczy na jutro, to w pierwszej chwili odczuwamy ulgę, unikanie przynosi nam natychmiastową przyjemność, nagrodę, nic nie szkodzi, że to chwilowe. W ten sposób powstaje nawyk – unikam czegoś, mam nagrodę. Dlaczego to robimy? Przecież wykonując wysiłek, przełamując opór, mielibyśmy satysfakcję, bo dotrzymujemy sobie samemu słowa, zbliżamy się do celu. Po prostu brakuje nam samokontroli i silnej woli. Oczekujemy szybkiego rezultatu, może zadanie wydaje się nam zbyt trudne, skomplikowane, brak nam wiary, że to możliwe do osiągnięcia. Wszystko sprowadza się do emocji. Kiedy nie mamy kompletnie na coś ochoty, a próbujemy się do tego zmusić, to pogarszamy tylko sprawę, bo nie dajemy sobie wyboru przez co opór staje się jeszcze większy, co na końcu prowadzi do rezygnacji i stwierdzenia – zrobię to jutro. Gdybyśmy mieli wybór, to moglibyśmy chociaż zacząć… np. powinnam ćwiczyć dziennie chociaż pół godziny, ale jak poćwiczę 5 minut to też ma sens.

Jakie są koszty prokrastynacji? Przede wszystkim oznacza ona marnowanie czasu, a właściwie swojego życia, a potem żal, że można było wiele rzeczy dokonać, ale teraz jest już na to za późno. Prokrastynacja jest też zabójcą rezultatów. Przekładając rzeczy ważne na jutro, właściwie nigdy nie będziemy mieć rezultatów. A rzeczy ważne decydują o jakości naszego życia, są to takie kwestie jak nasze zdrowie, kondycja, systematyczna praca nad czymś. Bywa niestety tak, że nasze życie sprowadza się tylko do gaszenia pożarów i przetrwania, robienia wszystkiego na ostatnią chwilę albo robienia wtedy, kiedy mamy przystawiony pistolet do głowy. Prokrastynacja powoduje obniżanie poczucia własnej wartości. Bo jak się czujemy nie dotrzymując dawanych sobie samym obietnic? Kiedy czujemy, że nie możemy na sobie polegać, ufać sobie? Fatalnie. Inaczej jest, kiedy udaje nam się wyrobić nawyk dyscypliny, który będzie zbliżał nas do celu, a tym samym umacniał poczucie sprawczości i skuteczności, a na końcu pewności siebie. Prokrastynacja jest okłamywaniem się. Kiedy obiecujemy sobie, że coś zrobimy, a wciąż to przekładamy, to dopadają nas wyrzuty sumienia i wstyd przed samym sobą. W ten sposób napędzamy spiralę negatywnych myśli i złość na siebie. Wyjście jest jedno: lepsza samokontrola i siła woli. Czy mam ochotę coś zrobić czy nie, po prostu to robię. Czy mam motywację czy jej nie mam, działam niezależnie od tego. W końcu robienie czegoś staje się nawykiem. Istotnym skutkiem prokrastynacji jest nie tylko to, że sami siebie przestajemy szanować, ale robią to też inni ludzie, bo stajemy się dla nich tymi, co dużo mówią i nic nie robią. Może się okazać, że nic nie kontroluje naszego życia oprócz impulsów, zachcianek i przymusów, którym jesteśmy posłuszni. Brzmi to strasznie, ale tak niestety bywa.

Jak pokonać prokrastynację? Przez działanie. Ale nie poprzez zmuszanie się do działania, bo siłowa walka tylko stworzy dodatkowy opór i będzie nam jeszcze trudniej. Pozwólmy, żeby opór był, zauważmy go, ale dajmy sobie wybór, w ten sposób uwolnienie energii z walki z oporem wzbudzi większą chęć do działania. Brzmi to nieco skomplikowanie i w praktyce potrzebujemy do tego uważności, którą trzeba w sobie … wypracować. To ona pozwala nie tylko zauważyć sam opór, negatywne emocje i chęć uniknięcia nieprzyjemnych uczuć, ale pomaga też w kontrolowaniu impulsów, które mogą spowodować, że nie zrobimy tego, co zaplanowaliśmy.

Przykład, który mi się w tym miejscu nasuwa, to moja praca zdalna w domowych pieleszach, kiedy to głowię się nad jakimś projektem, a tu nagle impuls, żeby iść do kuchni i coś sobie przyrządzić do jedzenia, albo po prostu wziąć coś gotowego i zjeść. Głodna nie jestem, na przerwę jest za wcześnie, ale impuls jest tak silny, że działam jakby na autopilocie. Kiedy siadam z powrotem do komputera, mam wrażenie, że te kilkanaście czy kilkadziesiąt minut spędzonych w kuchni w ogóle się nie zdarzyło. Gorzej, kiedy robię sobie przerwę, aby zajrzeć do internetu, bo tam to w ogóle można utonąć i stracić poczucie czasu. Kiedy dzięki uważności zauważam impuls  (zjedz coś albo zajrzyj do netu) to daję sobie czas na decyzję i jestem w stanie powstrzymać się przed bezsensownym działaniem.

Jeżeli do tej pory prokrastynacja była naszym chlebem powszednim, to zamiast sobie wypominać te zmarnowane lata i szanse, lepiej sobie wybaczyć i zapomnieć, a następnie skupić się na skromnym progresie w stronę celów, które sobie wyznaczamy, a które poprawią jakość naszego życia – TERAZ. Dobrze wiedzieć, jaki będzie nasz kolejny krok, aby móc posuwać się w stronę większych celów. Wybierajmy zamiast zmuszać się. A najważniejsze to po prostu zacząć, krok po kroku…

*

Zainteresowanych tematem odsyłam do strony selfmastery.pl, która stanowi dla mnie inspirację i z której czerpię pełnymi garściami. Każdy z tematów przerabiam na swój własny sposób, czego efektem są wpisy na blogu, w których wykorzystuję fragmenty autorstwa Magdy Adamczyk, co – mam nadzieję – zostanie mi wybaczone 😊