Ostatnia łza

Nie znałam nawet jego imienia. Po prostu pan z warzywniaka, obok którego przechodziłam w drodze do pracy przez prawie dwadzieścia lat. Nadal chodzę tą samą trasą, ale warzywniak jest zamknięty. Przez kilka dni paliły się tam znicze, a teraz widać tylko jeden, już wypalony, ale dający do myślenia. Był człowiek, nie ma człowieka. Zaglądam przez okno, widać … słoiki z ogórkami, kilka cytryn i jabłek, uschnięta marchewka. Do szyby przyklejona karteczka napisana przez córkę, która od czasu do czasu zastępowała ojca. Informacja dla klientów zainteresowanych zakiszonymi własnoręcznie ogórkami, aby dzwonili i składali zamówienia, Jeszcze zdążył w tym roku zrobić zapasy. No cóż, ogórki trwalsze niż życie ludzkie? Nie wiem, co się stało. Czy zmarł nagle, czy chorował? Nie był wcale stary. A jaki wiek jest dla mnie „stary”? Kiedyś w szkole średniej „stara” była dla mnie 30-letnia nauczycielka. Perspektywa nam się z wiekiem zmienia.

Okres jesienno-listopadowy skłania do melancholii, która jest moją drugą naturą, więc nic dziwnego, że i dziś pójdę tą drogą. Od dłuższego czasu wybieram lektury egzystencjalno-nostalgiczno-depresyjne. Szukam takich tekstów w gazetach czy w internecie, lubię oglądać tego typu filmy, a więc coś, co skłania do myślenia, zadumy, wzruszenia, wywołuje łzę w oku. Chyba byłam taka zawsze, ale tę część mojej natury zepchnęłam na kilkadziesiąt lat gdzieś w podświadomość, zakopałam głęboko, bo życie dostarczało wiele weselszych i ciekawszych zajęć oraz myśli. Może to również dlatego, że wszyscy dookoła żyli pełnią życia, że pogrzeby, choroby i nieszczęścia były rzadkim zjawiskiem albo tylko tak się wydawało, albo dotyczyły kogoś „dalszego”. Nawet odejście babci i dziadka dało się jakoś … przeżyć. Gorzej z rodzicami. Kiedy jesteśmy w wieku już zaawansowanym nasi rodzice są w końcówce swoich dni i trzeba zmierzyć się z ich chorobami i odejściem, co jest najczęściej doświadczeniem trudnym.

Trafiłam niedawno na dwa poruszające wywiady, oba z mężczyznami, choć wydaje mi sie, że temat umierania, a zwłaszcza towarzyszenia w umieraniu bliskiej osobie, jest bardziej „kobiecy”, bo to my najczęściej występujemy w roli opiekunek dla schorowanych i niedołężnych rodziców. Obaj panowie twierdzą, że temat umierania jest u nas tabu, że nie jesteśmy nauczeni rozmowy o życiu, które się kończy.

Jeden ze wspomnianych panów towarzyszył swojemu ojcu z aparatem fotograficznym w ostatnich miesiącach życia i cierpienia, oczywiście za jego przyzwoleniem. Przemysław Chudkiewicz, bo o nim tu mowa, wydał album ze zdjęciami z tego okresu (1). Jego intencją nie było fotografowanie odchodzenia ojca, po prostu tak wyszło. Razem z bratem opiekowali się ojcem terminalnie chorym i z perspektywy czasu uważają, że uwiecznienie tych ostatnich dni było dobrym pomysłem, choć początkowo budziło opory w nich samych i części rodziny.

Zdaniem P. Chodkiewicza temat śmierci jest u nas tabu. Nie rozmawiamy o śmierci i umieraniu. Dziś umiera się szybko, aby jak najmniej na TO patrzeć. Dlatego chciał pokazać umieranie swojego taty jako temat, który dotyczy każdego z nas. Miał dość udawania, bo zajmując się fotografią reklamową, w pewnym sensie sam dokłada cegiełkę do retuszowania świata.Temat śmierci czy chorowania został jakby wyretuszowany z życia. Niepotrzebnie boimy się o tym rozmawiać. Bo nazywanie rzeczy po imieniu, choć trudne, jest uwalniające. Najbardziej poruszające zdjęcie zostało wykonanie niemal w ostatnim momencie jego życia, z łzą w oku. Przychodzi moment, kiedy nie ma słów pocieszenia, kiedy człowiek jest bezradny. I żeby się tym nie zamartwiać, bo to nic nie da, po prostu trzeba BYĆ przy umierającym. Trzymać za rękę, rozmawiać, dotykać, przytulać, czuć zapach. Bezradność uświadamia, że wszystko przemija, pozostaje tylko obecność.

I takie doświadczenie bezradności było udziałem drugiego pana, na rozmowę z którym trafiłam niedawno w Gazecie Wyborczej (2), i który zrobił na mnie duże wrażenie. Mateusz Pakuła jest pisarzem i dramaturgiem, który też opiekował się umierającym ojcem. Kiedy nie było już nadziei, a cierpienie i ból coraz większe, ojciec wyraził chęć poddania się eutanazji i poprosił syna o pomoc ze świadomością, że w naszym kraju jest to przestępstwo. Gdy minął pierwszy szok Mateusz Pakuła nie miał wątpliwości, że cierpiącemu człowiekowi taka możliwość się należy, że nikt nie powinien za nas decydować o przedłużaniu życia w cierpieniu. Wbrew obiegowym opiniom cierpienie wcale nie uszlachetnia. Chcąc nadać jakikolwiek sens cierpieniu ojca, napisał książkę pt. „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”, traktując ją jako swoisty manifest w dyskusji o eutanazji. Jego zdaniem proces umierania jest w Polsce wciąż tematem tabu. Temat straty i żałoby jest obecny, ale wokół umierania panuje cisza.

Kiedy odwiedzamy groby naszych bliskich dobrze jest pamiętać też o żywych, cierpiących, umierających, często bez wsparcia, w samotności i zapomnieniu. Tym, których już nie ma, nie jesteśmy w stanie pomóc. Dla tych, którzy żyją, możemy jeszcze coś zrobić… przynajmniej pozwolić im w miarę godnie odejść z tego świata.

*

1/ Wywiad z Przemysławem Chudkiewiczem („Tutaj jest koniec” GW-WO 20 sierpnia 2022 r.) Album ze zdjęciami nosi tytuł.„Nie ma takiego snu” .

2/ Wywiad z Mateuszem Pakułą („Potrzeba godnej śmierci”, GW-WO 22.10.2022 r.) autor książki „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s