Archiwum kategorii: Samo życie

Starość też radość

Dużo jest racji w powiedzeniu „starość nie radość”, ale ja bym je nieco zmieniła… Może na takie, że starość podobnie jak młodość ma swoje wady i zalety, wszystko zależy od proporcji. Nie ucieknie się przed zużyciem ciała, bo z każdym rokiem jest ono słabsze. Dopadają nas choroby i wydolność organizmu znacznie spada. Zmieniają się rysy twarzy. Wydaje się, że w lustrze patrzy na nas całkiem młoda osoba, wciąż ta sama, jedynie te kilka zmarszczek pod oczami można zauważyć, ale kiedy już pstrykniemy sobie selfie to jednak zobaczymy kogoś .. starszego, a więc w drugiej połówce życia. Na zdjęciach więcej widać, bo aparat jest nieczuły na nasze marzenia i chciejstwa. No cóż… pozostaje akceptacja tego stanu.

Starość ma również swoje zalety, o których zdajemy się zapominać, albo większość z nas po prostu nie daje sobie szansy skorzystania z nich.

Wielu marzy, aby ze swoim dzisiejszym rozumem, doświadczeniem stać się znów młodym ciałem i niższym peselem, bo kiedy spojrzy się wstecz na te wszystkie „daremne żale, próżny trud”, to smutek człowieka ogarnia, jak wiele było niepotrzebnych emocji, decyzji, błędów i wypaczeń… Ile czasu zmarnowaliśmy na te wszystkie rzeczy, które z dzisiejszej perspektywy są nieistotne, wręcz głupie.

Taka jest młodość… górna i durna. Nad którą teraz możemy lać łzy czyste, rzęsiste, jak to nasz wieszcz pisał.

Jakie są te zalety starości?

To czas refleksji, zadumy, pracy nad sobą… świadomości. Ale również dzielenia się swoim doświadczeniem z młodszymi.

Raczej to nie jest czas podsumowań, bo jaki to ma sens? Robienie bilansów zawsze kończy się lekkim lub dużym niedosytem.

A w ogóle słowo „starość” jest … wieloznaczne? Bo kogo dotyczy? Tego, co skończy 80 lat czy 70? A może już po 50-tce zaczyna się starość?

A co jest pomiędzy młodością a starością? Nie ma określenia na ten czasu pomiędzy? Wiek dojrzały? Średni? I jak długo on trwa?

Moim zdaniem starość to stan umysłu, a nie wiek.

Jest jednak moment, który powoduje, że dopada nas mocniej świadomość przemijania, na przykład wtedy, gdy odchodzą nasi rodzice, oczywiście pod warunkiem, że odchodzą we „właściwym” czasie. Wtedy mamy ok. 60 lat i świadomie lub podświadomie czujemy, że to już jest ten okres życia, a przynajmniej czas się ze starością pogodzić, a nawet zaprzyjaźnić.. Bo kiedy „za nami” już nikogo nie  ma i zaczynają brać z naszej półki, wtedy słowo „starość” przestaje nam zgrzytać, przestajemy się buntować i oszukiwać rzeczywistość. Oczywiście nie wszyscy.

Każdy wiek ma swoje prawa i nie da się zawrócić prądu rzeki, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.

A niektórzy próbują, co widać szczególnie w programach typu „Sanatorium miłości”, czy „The voice senior”. Nie mam nic przeciwko spełnianiu marzeń o śpiewaniu w wieku już mocno dojrzałym, mam jedynie zastrzeżenia do udawania kogoś, kim się nie jest i już się nie zostanie. Sama poszukuję miejsca, gdzie można by śpiewać dla przyjemności i relaksu. W domach kultury w dużych miastach są takie możliwości. Nie musimy pokazywać światu naszych możliwości wokalnych, bo chyba nie o to chodzi. Ale każdy jest inny. Być może niektórzy potrzebują rywalizacji, czują niedosyt, mają wrażenie, że coś zaniedbali, coś im umknęło i próbują to reanimować. Oczywiście mają do tego pełne prawo, choć sama mam wątpliwości, czy to jest dobra droga.

Szczególnym przykładem w tym kontekście jest program „Sanatorium miłości”, którego nie oglądam (poza pierwszym sezonem) i w zasadzie nie powinnam się na jego temat wypowiadać, ale internet obfituje w informacje o przebiegu tego programu więc siłą rzeczy coś mi wpadnie do oka. Pierwszy sezon oglądałam od czasu do czasu, aby wyrobić sobie o nim zdanie i tyle.

Nie mam pretensji do tych, którzy program produkują i emitują, bo zdaję sobie sprawę, że chodzi o oglądalność i pieniądze… Problem w tym, że takie programy kształtują opinie, ale też kreują pewne postawy i zachowania.

Popularne stwierdzenie, że do sanatorium jedzie się na podryw, a nie w celach leczniczych staje się jeszcze bardziej przystające do rzeczywistości. No dobra, nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka… Staram się, ale nie jestem ślepa, bo o ile sama z sanatorium jeszcze nie korzystam, to wielu znajomych zdaje mi relacje z tego, co tam się dzieje.

Panowie stroszą piórka jak koguty, kobiety przebierają się jak nastolatki i jest zabawa. Mnie to nie śmieszy, a wydaje mi się być momentami żenujące. Może powinnam chociaż jeden odcinek obecnego sezonu tego programu obejrzeć, ale po prostu nie jestem w stanie i zwyczajnie, szkoda mi na to czasu. Mnie tego typu programy nie interesują, ale nie chcę krytykować tych, którym on odpowiada. Może chcą się pośmiać z przygód miłosnych równolatków, może chcą dokonać porównań do swojego własnego życia, a może w tym gąszczu telewizyjnej sieczki, stanowi on lekką rozrywkę. Nie twierdzę, że seniorzy nie mają prawa zakochiwać się, chodzić na randki, skakać ze spadochronem, szaleć na parkiecie. Mogą robić wszystko, ale czy trzeba robić z tego widowisko dla innych, sprzedawać swoją prywatność, wręcz intymność? Uczucia nie potrzebują blasku fleszy, im cichsze i skromniejsze, tym bardziej szczere i prawdziwsze.

Może starość to też umiejętność odróżnienia tego, na co warto tracić czas, a co nie jest tego warte. Może dlatego, że tego czasu mamy coraz mniej i staje się on tym bardziej cenny. Nie rozumiem ludzi, którzy się nudzą. Rozumiem tych, którzy nic nie robią, bo chcą odpocząć, zrelaksować się, pomyśleć…

Zdarza mi się od czasu do czasu tracić czas na scrollowanie stron internetowych i jestem w coraz większym szoku, jakie informacje nam się podaje i jakimi tytułami je opatruje wyłącznie po to, aby klikalność była wyższa. Kiedy spędzamy czas na przeglądaniu wiadomości to tak jakbyśmy wpuszczali do swojego organizmu wirusa, który zatruwa nasze myślenie, nastrój, niszczy pogodę ducha, zwyczajnie dołuje. Tak mało jest optymizmu…. radości, uśmiechu, ale jak się dobrze poszuka to można coś pozytywnego i inspirującego znaleźć.

A czy starość nie zaczyna się wtedy, kiedy człowiekowi nic się nie podoba, kiedy staję się zbyt krytyczny wobec otaczającej rzeczywistości? Czy to przypadkiem nie o mnie? 😉

Jak znaleźć czas DLA SIEBIE

Życie potrafi zaskakiwać i bywa, że stawia przed nami zadania, których nie tylko się nie spodziewaliśmy, ale do których nie jesteśmy przygotowani. I tak stało się ze mną po niedawnej refleksji o tym, że życie czasami bywa znośne.

Kiedy już mi się wydawało, że wszystko mam zaplanowane i poukładane, kiedy postanowiłam ograniczyć aktywność zawodową, aby mieć więcej czasu DLA SIEBIE, los postawił przede mną inne zadania, których podjąć się musiałam i które z mozołem staram się realizować. Opieka nad chorym rodzicem jest zadaniem niełatwym, ale nikt nie ma wątpliwości, że koniecznym. Problem w tym, aby nie dać się obowiązkom wobec innych pochłonąć, aby zostawić dla siebie trochę przestrzeni, taki swój …. kawałek podłogi.

Zostaliśmy tak wychowani, czy nauczeni, żeby dawać z siebie jak najwięcej i w tym dawaniu często o zapominamy o sobie samych, albo nam się wydaje, że myślenie o sobie jest egoizmem. Bardzo trudno tu o balans. Nikt nie mówi, żeby stawiać siebie przed innymi, żeby przestać pomagać, chodzi o równowagę. Pomagam tyle, ile jestem w stanie. Żeby pomagać innym, sama muszę być sprawna, wyspana, wypoczęta, zadbana. Moje życie nie kończy się wtedy, kiedy muszę skoncentrować się na opiece nad kimś bliskim. A takie można odnieść wrażenie, że zafiksowani na życiu innych, przestajemy … istnieć, stajemy się tylko robotami do wykonywania zadań, do ogarniania spraw i problemów. Nie tędy droga, ale trzeba czasu, żeby do tego dojrzeć. Nikt nam nie wskaże kierunku, bo wszystkim dookoła jest wygodnie, kiedy bierzemy na siebie jak najwięcej. Widocznie tyle jesteśmy w stanie udźwignąć – pomyślą, a w tym czasie my możemy sukcesywnie sami siebie pozbawiać radości życia i energii niezbędnej do dźwigania tych wszystkich ciężarów, jakie los na nas zesłał.

Takie dylematy mają szczególnie kobiety, bo to one najczęściej opiekują się chorymi bliskimi, również chorymi dziećmi, bywa że opuszczone przez mężczyznę, muszą radzić sobie z przeciwnościami losu. Jak być dobrą matką, córką, siostrą, opiekunką, nie tracąc jednocześnie z pola widzenia SIEBIE, swoich potrzeb, marzeń, przyjemności? Czy to jest możliwe?

Jak nie stać się zrzędliwą babą?

Tego obawiam się najbardziej, bo zrzędliwe baby są okropne. Nic im nie pasuje, wiecznie wszystko krytykują i szukają dziury w całym. Uważają, że kiedyś było lepiej, a teraz jest dramat i świat schodzi na psy.

Ostatni wpis, w którym dałam wyraz swojemu rozczarowaniu, dał mi do myślenia, że może zmierzam w kierunku zarysowanym na wstępie. A może to tylko taki chwilowy nastrój? Bo przecież każdemu się kiedyś … uleje i nie trzeba od razu wysnuwać zbyt daleko idących wniosków.
Tak czy inaczej, zrzędliwości bardzo się boję, bo sądzę, że wtedy nikt nie będzie chciał mieć ze mną do czynienia, a jestem dość towarzyska 😊 Poza tym, taka postawa marudzenia i malkontenctwa kłóci się nieco z moim wizerunkiem, który na tym blogu próbuję wykreować…. a więc osoby pozytywnie do życia nastawionej, która biega, ćwiczy jogę i medytuje, która interesuje się samorozwojem i pracuje nad spokojem wewnętrznym. Nie wygląda to tak różowo w praktyce, bo….
• medytacja idzie mi ciężko, ciągle się rozpraszam,
• do biegania mobilizuję się tylko dwa razy w tygodniu, bo … jest za zimno, za późno, za ciemno…etc.,
• czytanie książek idzie mi jak po grudzie, a te z dziedziny samorozwoju trzeba czytać uważnie, i być skoncentrowanym, z czym mam duży problem.
Reasumując, nie wszystko jest takie, na jakie wygląda, a życie po prostu bywa trudne…
Wracając do zrzędliwości, do której zmierzam prostą drogą….
Na czym ona według mnie polega?
Chodzi gównie o krytykanctwo i przekonanie, że kiedyś to było lepiej. Chodzi o poczucie rozczarowania, niezadowolenia, zniechęcenia…. Można odnieść wrażenie, że zrzęda nie tylko ma straszne życie, ale też szans na zmianę też nie ma, bo przyszłość widzi w czarnych kolorach. Zrzęda ma klapki na oczach i przyjmuje z zewnątrz tylko takie opinie, które pasują do jej, czyli zrzędy obrazu rzeczywistości.
Cecha zrzędy, która może być męcząca dla otoczenia, to fakt, że wszystko jej przeszkadza. Sąsiedzi są za głośno, dzieci hałasują, młodzież się wydziera, psy szczekają, albo brudzą. A jak z taką zrzędą się mieszka, to przeszkadza jej znacznie więcej rzeczy, już ona najlepiej wie, jakich….
Chyba jednak taką 100-procentową zrzędą jeszcze nie jestem, ale zauważam u siebie pewne niepokojące tendencje….
Mieszkam w tym samym bloku od 20 lat. Kiedyś nie wiedziałam, kto mieszka nade mną, czy pode mną, nie słyszałam, że w ogóle ktoś mieszka. Teraz słyszę i tych z góry, i tych z dołu, i tych z boku. Ja nawet słyszę, jak sąsiad z góry spuszcza wodę w klozecie i bierze prysznic. Czy kiedyś miałam gorszy słuch? No nie… Może teraz jestem „wrażliwsza na dźwięki”? Może mniej czasu spędzałam w domu? Też nieprawda, bo zawsze byłam domatorką.
W pracy też jest kilka rzeczy, które mnie irytują. Koleżanka, z którą dzielę pokój, nie lubi pracować w ciszy. Muzyka mi nie przeszkadza, ale przeszkadzają mi puszczane wciąż te same piosenki, a ona stworzyła sobie playlistę i katuje ją non stop. Dałam jej w prezencie słuchawki, ale rzadko z nich korzysta. Chyba tej subtelnej aluzji nie zrozumiała. Nie jest prawdą, że lubimy tylko te melodie, które kiedyś słyszeliśmy. U mnie to nie działa. Słuchanie codziennie „Felicity” może naprawdę wkurzyć. Moja asertywność kończy się na prośbie o ściszenie dźwięku, bo rozumiem, że ona akurat należy do kategorii osób, które uwielbiają słuchać w kółko to samo.
Kiedy jestem na jodze, zajmuję zawsze to samo miejsce. Jest „moje”. Ostatnio z uwagi na większe zainteresowanie ćwiczeniami, pojawiło się więcej kobiet, co siłą rzeczy ogranicza możliwość zachowania dystansu. Do „mojego” miejsca przykleiła się młoda dziewczyna, co nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Staram się jakoś dostosować to jej towarzystwa układając matę w taki sposób, aby stosowny dystans był. W sytuacji, kiedy z oczywistych względów unikamy bliższych kontaktów, jak tylko się da, moje obawy są uzasadnione, ale czy nie przesadzam….?
Na szczęście niektóre problemy rozwiązują się same. Zajęcia jogi odbywam teraz on line, a z koleżanką „Felicitą” mijamy się, bo firma zarządziła pracę zdalną. Może więc kiedy coś nam przeszkadza, po prostu należy odpuścić i przeczekać, a problem sam się rozwiąże?
Wracając do meritum… co zrobić aby nie stać się zrzędliwą babą? Czy w ogóle da się ten proces zatrzymać? Bo zrzędliwość potęguje się wraz z wiekiem, to pewne. Na razie bronię się jak mogę, zachowuję dystans (nie chodzi o ten fizyczny wymuszony covidem), poczucie humoru i pracuję nad sobą, bo nadal wychodzę z założenia, że innych nie możemy zmienić, możemy zmienić tylko siebie.
Poza tym chyba lepiej być „zrzędliwą babą” niż „zrzędliwym dziadem”. Można sobie takiego uroczego osobnika obejrzeć w filmie „After life” na Netflixe, który polecam gorąco. Myślę, że ten typ inteligentnej zrzędliwości, który reprezentuje bohater filmu bardzo mi odpowiada.
Może wiec nie jest ze mną tak źle…. przecież można być zrzędliwym i jednocześnie dobrym, a nawet uroczym człowiekiem 😉

W jakim kierunku zmierza świat?

Patrzę, słucham, czytam, obserwuję… i myślę. Świat i ludzie coraz bardziej rozczarowują. Sami sobą jesteśmy zawiedzeni. Towarzyszy temu przekonanie, że nic nie możemy zrobić. Jesteśmy małymi trybikami w maszynerii, która już dawno się rozregulowała. Decyduje pozorna większość, bo dyktuje warunki tym, którzy może mają rację, ale słuchanie ich głosu jest takie niewygodne, bo trzeba zmierzyć się z własnymi lękami, uprzedzeniami, słabościami.
Ogarnia mnie poczucie bezsilności, bo co dziś znaczy jednostka, zwłaszcza taka jak ja, która nie ma już ambicji i wiary „przenoszenia gór”, bo to nie ten czas i nie to pokolenie.
Coraz częściej nachodzą mnie niewesołe refleksje na temat kondycji współczesnego świata, jego przyszłości oraz ludzi, nas zwykłych szarych obywateli. Obejrzałam film „Nie patrz w górę”, który jak w soczewce pokazuje smutną rzeczywistość, w której rządzą media i polityka. Zastanawiam się, czy to media i polityka stworzyła nas takimi, jacy jesteśmy, czy to my stworzyliśmy taki świat polityki i mediów, z jakim mamy teraz do czynienia. Kto kim manipuluje? Obecnie, kiedy naszymi myślami zawładnęły media społecznościowe, jedno z drugim się przeplata. Twórca Facebooka przejdzie do historii, bo dobrze zdiagnozował stan ducha społeczeństwa, samotność, wyobcowanie, izolację. Dając ludziom narzędzie udające „bliskość” i „sprawczość” wszystkie bolączki świata i ludzi uległy spotęgowaniu, tylko że niewielu już to dostrzega, bo woli karmić się iluzją. Nie uczymy się, nie czytamy, nie interesujemy się niczym, oprócz plotek z życia tzw. celebrytów.
Dzisiejszy świat jest pozbawiony autorytetów. Te, które kiedyś były, runęły. Moje pokolenie jeszcze w coś wierzyło, jeszcze miało komu wierzyć. Nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy widać, jak bardzo złudne były niektóre przekonania i idee, nie wspominając o wielkich tego świata, którym wybudowano tysiące pomników, a których postawa i decyzje mogą dziś budzić poważne wątpliwości (vide Jan Paweł II).
Problem w tym, że dziś w ogóle nie widzę autorytetów, takich szanowanych przez większość społeczeństwa. Autorytetami staja się celebryci, którzy wypowiadają się na każdy temat, nawet jeśli nie mają o nim pojęcia. Przestrzeń publiczną opanowały informacje o tym, kto kogo zdradził, pobił, pokochał, oszukał…. Jak nisko upadliśmy jako społeczeństwo, skoro na czołówkach najpopularniejszych portali internetowych dominują tematy rodem z magla. Bo chodzi o klikalność, liczy się wyłącznie kasa. Sami siebie niszczymy, a potem narzekamy, że społeczeństwo jest niewyedukowane, obojętne, bezrefleksyjne. Nie ma chętnych, aby edukować, lepiej po prostu ogłupiać, bo takimi ludźmi łatwiej się manipuluje? Kiedyś interesowałam się polityką, oglądałam wiele programów publicystycznych, dyskusji polityków. W dzisiejszym świecie kluczowe słowo „dyskusja” przestało istnieć, zostało zastąpione … jazgotem. Owszem, można nie wchodzić, nie oglądać, można się odciąć… i stać z boku. Wielu znanych mi ludzi przyjęło taką postawę „odcięcia” w jednym celu, jak mówią, dla psychicznego zdrowia. Przestali wierzyć, że cokolwiek może się zmienić, że oni mogą coś zmienić. Tylko czy to jest dobre dla społeczeństwa, dla świata, kiedy ludzie świadomi i myślący staną z boku, zobojętnieją?
Źle żyje się dziś w Polsce. Nawet jeśli obszary biedy zostały zmniejszone lub zniwelowane, to zniszczenie struktur państwa, jego fundamentów, a właściwie podporządkowanie jej jednej opcji politycznej, jest czymś wołającym o pomstę do nieba. Ile lat będzie trwało naprawiane tych szkód? Społeczeństwo podzielone na pół żyje w dwóch różnych bańkach informacyjnych, bezmyślnie i bezrefleksyjnie powtarzając przekazy zasłyszane w swoich telewizjach. Brak krytycznego myślenia, obojętność, nieufność. Nie ma dbałości o dobro wspólne, jest tzw. pijar. Politycy mówią to, co zapewni im zwycięstwo w wyborach.
Czasem brakuje nadziei i w takim stanie ducha napisałam ten … przygnębiający tekst. Odczekałam kilka dni z jego opublikowaniem i stwierdziłam, że jednak tli się we mnie jakaś nadzieje i przekonanie, że zawsze znajdzie się coś, co można zrobić, a co zmotywuje do działania, nawet w tych ponurych czasach, w jakich przyszło nam żyć 😊

Samospełniające się przepowiednie…

Nie wierzę w noworoczne postanowienia, ale wierzę w samospełniające się przepowiednie. Wierzę, że nasze głębokie przekonania potrafią się ziścić. Oczywiście działa to w różne strony, nie tylko w te gorsze. I na szczęście. Bo można sobie napisać piękny scenariusz stosując tzw. afirmacje albo zwyczajnie wypracowując w sobie (o ile nie miało się w genach) pozytywnego myślenia, optymizmu.
Kiedy ktoś jest głęboko przekonany, że zasługuje na szczęście, że wszystko, co go spotyka jest po to, aby takie szczęście osiągnął, wówczas los się jakby nagina do takich oczekiwań. A nawet jeśli jakaś kłoda pod nogi nam padnie, uznajemy to jako przeszkodę do pokonania, a nie jako kolejny dowód naszego życiowego pecha. Czasami coś niedobrego może się zdarzyć, aby mogło zdarzyć się coś wspaniałego. Czy docenialibyśmy szczęście, gdyby nigdy nie dotknęło nas nieszczęście? Niby truizmy, ale pomagają człowiekowi jakoś przez trudniejsze momenty w życiu przejść. Trzeba cieszyć się tym, co mamy dziś, doceniać te z pozoru normalne rzeczy, których wartość dostrzegamy dopiero w chwili zagrożenia, w obliczu ich straty.
Fatalizm i pesymizm to cechy najgorsze z możliwych. Nie tylko nie da się normalnie żyć i cieszyć chwilą, każdy dzień jest zatruty myślami o tym, co może złego nas spotkać: choroby, kataklizmy, spadające samoloty, uderzenia piorunem, a na końcu oczywiście śmierć, najpewniejsza z rzeczy pewnych, obok podatków. W moim bliższym i dalszym otoczeniu jest kilka osób, które nie potrafią się niczym cieszyć, gdyż wciąż czują za plecami ten oddech fatum, złego losu, który próbuje ich dopaść. Są to najczęściej osoby starszej daty, którym już bliżej niż dalej. Ale to chyba nie można jedynie na karb wieku złożyć, to jednak życiowa postawa, bardzo uciążliwa dla otoczenia. Kiedy takie osoby rozpamiętują sobie różne czarne scenariusze to efekt jest taki, że najlepiej byłoby z domu nie wychodzić, a i najbliższych przed wychodzeniem przestrzec (paradoksalnie najwięcej wypadków śmiertelnych zdarza się w czterech ścianach).
Pewna znajoma przed każdym wyjazdem roztacza katastroficzne wizje. Jeśli podróż samochodem, to musi sobie przypomnieć wszystkie najtragiczniejsze wypadki opisywane szczegółowo w tabloidach. Jak lot samolotem, to oczywiście obrazy z katastrof przed oczyma stają. Ciężko jest bronić się przed tego typu „strachami”, takie wizje mogą zatruć radość życia, nie tylko osobie dotkniętej fatalizmem, ale i jej najbliższym.
Sama bronię się przed zarazą fatalizmu, jak mogę. Doszło do tego, że unikam kontaktu z osobami w moim przekonaniu „niepozytywnymi”, bo każdy taki kontakt kosztuje mnie dużo dobrej energii.
Ludzie narzekają na samotność, izolację, brak empatii, zapominając, że być może sami się do tego przyczyniają. Jeśli ktoś ma naturę narzekającą, krytykującą, to trudno się dziwić, że nikt nie chce z nimi obcować (chyba że musi, np. rodzina). Czy taka osoba może się zmienić? Zapewne, ale to wymaga pracy, zrozumienia, zaangażowania. Lepiej sobie ponarzekać na innych, którzy nie doceniają, nie odzywają się, nie są wystarczająco aktywni, zamiast zwrócić się ku sobie i dostrzec belkę we własnym oku.
A co do samospełniających się przepowiedni, to myślę, że zwłaszcza na progu Nowego Roku warto docenić SIŁĘ AUTOSUGESTII, bo dzięki niej jesteśmy w stanie osiągnąć swoje cele, a nawet spełnić najskrytsze marzenia 😉

Awaria Facebooka, czyli syndrom odstawienia…

O awarii Facebooka dowiedziałam się z telewizora. Akurat tego wieczora nie miałam ani okazji, ani potrzeby korzystania z mediów społecznościowych. Nie sądziłam, że dla niektórych ludzi ten kilkugodzinny brak może być tak ….trudny do przetrwania. Moja młoda znajoma stwierdziła, że dotknęły ją co prawda niewielkie, ale jednak objawy odstawienia takie jak niepokój czy pobudzenie.
Ze wszystkich znanych mi nałogów, których mogłabym się (hipotetycznie) obawiać siecioholizm jawi mi się jako najmniej groźny. Sieć więcej mi daje (wiedza), niż zabiera (czas). Poza tym moja praca zawodowa jest bez komputera i Internetu niemożliwa, więc nawet gdybym w domu komputer omijała szerokim łukiem, to i tak w pracy spędzam przy nim co najmniej osiem godzin. Gdybym była siecioholiczką to najprawdopodobniej cierpiałabym na syndrom odstawienia podczas urlopu. Nic takiego nigdy mnie nie dotknęło. Gdybym była siecioholiczką to rzucałabym się na komputer w celu regulowania emocji, jak mi źle, jak mi smutno, a nawet wtedy, kiedy radość mnie rozpiera, no bo charakterystyczne dla nałogowców różniej maści jest właśnie owo przywiązanie do czegoś (swoistego narkotyku), co reguluje emocje. A ja emocji w necie unikam, jak to tylko możliwe. Najlepszym sposobem jest niewielka aktywność, zaangażowanie w zdrowych proporcjach. Nie mam tendencji do ekshibicjonizmu, nie mam też ochoty wchodzić z butami w czyjeś życie, nawet jeśli ktoś wystawia je na światło dzienne. Jakieś emocje to ja mogę wyrażać pisząc do konkretnej, znanej mi z sieci czy z reala osoby, która jest zainteresowana moim punktem widzenia. O tak, wtedy to mnie nawet ponosi 😉
Robiłam kiedyś za „wybawcę” młodej osoby płci pięknej, która została porzucona po miesiącu znajomości i bardzo to przeżywała. Było to kilkanaście lat temu na pewnym internetowym forum. Nie da się ukryć, że w swoją rolę zaangażowałam się aż nadto. Na szczęście owa internautka przeżyła od tego czasu kilka nowych znajomości z płcią brzydką, przy których też jej sekundowałam, a sytuacja na dziś jest taka, że ten pan, dzięki któremu poznałyśmy się w sieci, został jej kolegą. Dodam jeszcze, że poznałyśmy się w tzw. realu i nadal się kumplujemy 😉
Oprócz regulowania emocji sieć może być zapełnieniem pustki, co też pachnie holizmem. Może? I kiedy nie mam żadnych planów towarzyskich, kiedy nic ciekawego się nie dzieje, ale też wtedy, kiedy inne zajęcia wydają mi się mniej interesujące, włączam w domu komputer lub smartfon i …scrolluję. Zdarza się, że mam z tego powodu wyrzuty sumienia (nie lubię mieć wyrzutów sumienia), bo leży na półce kilka książek, z czego dwie zaczęte. Podobnie z książkami w czytniku, które porzucam po kilkudziesięciu stronach. Czekają też filmy, których wciąż nie mam czasu obejrzeć. Wtedy czuję, że może jednak siecioholiczką jestem.
Na pocieszenie tłumaczę sobie, że inni mają gorzej (wiem, wiem, że takie porównywanie się jest okropne, a jednak to robię). Jak w sieć się zagłębie (również jej część blogową) i trochę poczytam, to stwierdzam, że ja buszuję w przerwach między normalnym życiem, a niektórzy żyją w przerwach między buszowaniem. Pocieszenie to może niewielkie. Dlatego postanawiam nad sobą pracować. Najpierw obowiązki, potem … przyjemności 😉