Singielka remontuje mieszkanie, czyli przygody z fachowcami…

Nie miałam nigdy szczególnych zdolności do prac… typowo męskich, nota bene żadne inne określenie nie przychodzi mi do głowy, co zapewne kłóci się z ideologią gender 😉

Gwóźdź przybiję, ale np. od prądu trzymam się z daleka. Zdarzyło mi się dwukrotnie doprowadzić do spięcia i wysadzenia korków (również tych na klatce schodowej, o których istnieniu dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy przyjechało… pogotowie energetyczne). Mogłoby się wydawać, że singielka powinna w drodze doświadczeń zdobywać pewne umiejętności, ja nie chciałam, nie musiałam, a może po prostu nie mam w tym kierunku nie tylko żadnych zdolności… ale zwyczajnie mam „dwie lewe ręce”.

W przeciwieństwie do kilku koleżanek, które radzą sobie z drobnymi naprawami w domu całkiem nieźle, które malują ściany i sufity, są w stanie samodzielnie wykonać wiele nie tylko drobnych prac remontowych. Ja jestem skazana, albo na kolegów, albo na tzw. fachowców.

Przychodzi jednak chwila, kiedy trzeba dokonać remontu generalnego i wtedy każdy, nie tylko singielka, szuka porządnego fachowca. Stanęłam przed takim wyzwaniem, kiedy to moja administracja dokonała już ostatniej wymiany rur (nie sądziłam, że jest ich tak wiele).

Szukając wykonawcy remontu w pierwszej chwili przyszedł mi do głowy Sławek, mąż koleżanki. Korzystałam z jego usług już wielokrotnie. Z jednej strony to dobrze mieć kogoś zaufanego, zostawiam klucze, jestem spokojna i bezpieczna. Z drugiej strony czułam opór przed tym rozwiązaniem, nauczona doświadczeniem. Oczekuję fachowca-doradcy, a nie kogoś komu mam paluszkiem wskazywać, co i jak należy zrobić, a tak było ze Sławkiem. W kwestiach finansowych też nie było najlepiej, bo choć uprzedziłam go, aby nie traktował mnie ulgowo, to wciąż miałam wrażenie, że jest bardzo drogi, wręcz za drogi.

Czy generalny remont łazienki i kuchni nie zasługuje na fachowca z prawdziwego zdarzenia? – pomyślałam i zaczęłam szukać wśród znajomych.

Ogłoszenia wykluczyłam. Mam złe doświadczenia. Kiedy wprowadzałam się do mieszkania i szukałam fachowców od cyklinowania podłogi skorzystałam z ogłoszenia. Przyszło dwóch panów, mieli roboty na dwa dni w przerwie pracy malarzy. Kiedy przyszli malarze okazało się, że cykliniarze zwinęli im wiertarkę (wartość 300 zł). Kiedy zadzwoniłam pod numer z ogłoszenia dowiedziałam się od rozbrajająco szczerej pani, że ona korzysta z „fachowców”, którzy w większości po kilku dniach odchodzą w siną dal. I tak było w tym przypadku. Szkoda tylko, że odeszli z wiertarką… Malarze zażądali zwrotu wartości wiertarki, ostatecznie zostawili ją w moim mieszkaniu, cóż było robić, zapłaciłam.

Wróćmy jednak do teraźniejszości…

Jeśli ogłoszenia odrzuciłam, to zaczęłam rozpytywać znajomych bliższych i dalszych o porządnego fachowca. Koleżanka Kasia poleciła mi pana X, robił u niej balkon, podkreślała, że jest bardzo dokładny i solidny. Kasi ufam, więc poważnie rozważyłam kandydaturę pana X.

Koleżanka z pracy wspomniała mi o panu inżynierze Y, z którego usług korzystała i którego ktoś jej polecił. Zapytałam, czy mogłaby wykonać kilka zdjęć łazienki, abym mogła ocenić dzieło owego fachowca. Po ich przejrzeniu uznałam, że ta kandydatura też warta jest poważnego potraktowania.

Wymiana rur zbliżała się wielkimi krokami, więc wybór fachowca naglił. Postanowiłam zacząć od rozmowy i spotkania z panem X.

Przyjechał z albumem zdjęć swoich „dzieł”. Wyglądało to nieźle, ale nie to było dla mnie decydujące. Pomyślałam, że skoro pracował u Kasi, to najważniejsza rekomendacja i mogę dać mu kredyt zaufania. Wrażenie jako człowiek zrobił na mnie nie najlepsze, ekstrawertyczny, głośny, przemądrzały. No i manipulant, co dotarło do mnie z opóźnieniem. Wszystko wiedział najlepiej, „profesjonalista” w każdym calu. Oglądając „front robót” wskazywał na mankamenty, podkreślał jak wiele wysiłku, zwłaszcza … intelektualnego będzie go kosztowała cała ta robota. Zastrzegł, że ma w planie jakąś robótkę, ale mógłby ją przesunąć, gdym w miarę szybko podjęła decyzję o jego zaangażowaniu. Chciał być obecny w mieszkaniu wówczas, gdy będą wymieniane rury, aby instruować wykonawców. W zasadzie to nie taki głupi pomysł – pomyślałam, sama nie będę musiała brać urlopu i słuchać rozkosznego odgłosu wiertarek.

Doszłam do wniosku, że skoro już z panem X zawarłam znajomość, skoro on tak się reklamuje, skoro chce brać się za robotę jak najszybciej to … raz kozie śmierć. Mentalnie nie musi mi pasować, ważne, aby dobrze wykonywał swoją pracę. O kandydaturze pana inżyniera Y zapomniałam. Do czasu.

Pana X poznawałam coraz lepiej wraz z rozwojem prac remontowych. Na początek skuwanie płytek, tragedia. W mieszkaniu kurz, pomimo prób jego spacyfikowania był w każdym zakamarku. Wybrałam się też z panem X na poważne zakupy, jakoś trudno było mi się z nim dogadać. Łatwo się irytował, mówił podniesionym głosem, czego nie lubię… ale nadal kładłam to na karb jego odmiennego temperamentu.

Im dalej w las, tym więcej drzew… Po kilku dniach remontu rosły moje wątpliwości i zastrzeżenia. Pan X był w zasadzie sam, ale do cięższych prac brał „pomocników”, o czym mnie uprzedził, ale nie wiedziałam, że będą to panowie „spod budki z piwem”. Kiedy jeden z owych „pomocników” przyszedł kiedyś rano i poczułam od niego zapach gorzelni, nie omieszkałam panu X zakomunikować, że nie życzę sobie takiego towarzystwa w moim mieszkaniu. – A co mam zrobić? Kogo mam wziąć do pomocy? Świadków Jehowy? – pytał pan X tłumacząc mi, że gdyby chciał wziąć kogoś innego, znaczy się niepijącego, musiałby mu znacznie więcej zapłacić. Ja umówiłam się z nim na określoną zapłatę, a kogo on ma do pomocy uznałam za jego sprawę, przynajmniej takie podejście miałam na początku, kiedy jeszcze nie wiedziałam, jak to będzie w rzeczywistości wyglądać.

Pan X obiecał, że „pomocnicy” będą mu jeszcze potrzebni dwa dni, więc postanowiłam wytrzymać, ale… do czasu, kiedy nie zastałam samego pana X z piwem w dłoni. – Ja nie mogę pracować bez papierosa i piwa – oświadczył. Po kilku dniach życia w kurzu i w towarzystwie szemranych „pomocników”, o panu X nie wspominając, zareagowałam na to stwierdzenie w sposób jednoznaczny, a mianowicie oświadczyłam, że nie zostałam uprzedzona o takich nawykach pana X, i mam zamiar zrewidować moją decyzję o kontynuowaniu z nim współpracy. Oczywiście nie ukrywał świętego oburzenia, stwierdził, że go … dołuję, a mnie ręce opadły.

Wyszłam z domu pooddychać świeżym powietrzem i pomyśleć, co dalej…

Gdyby to tylko o piwo i „pomocników” chodziło, ale… pan X przewiercił dziurę do łazienki sąsiadki z dołu, o czym mnie nie poinformował (co prawda dokonał naprawy, ale…), pomylił się o5 cmw dość istotnych pomiarach, co mogło utrudnić dalsze prace, łaził po sąsiadach roztaczając aurę swojego profesjonalizmu, czym wywoływał uśmiechy politowania, zakumplował się z panami od rur, czego skutkiem były ich niezapowiedziane wizyty z piwem w reklamówkach, etc.

Kiedy sobie wyobraziłam, że mój „związek” z panem X będzie jeszcze dość długo trwał, że będzie układał moje piękne płytki, że będę skazana na jego „doradztwo” w kwestiach, na których się nie znam, po prostu się załamałam. A najważniejsze było to, że straciłam do niego zaufanie i jako do człowieka, i jako fachowca (te5 cmmnie dobiło).

Podjęłam męską decyzję, lepiej rozstać się z panem X teraz niż później. Te pięć dni da się jakoś wycenić – pomyślałam. Najpierw zadzwoniłam do Kasi, której nie zdradzałam szczegółów, jedynie poinformowałam oględnie, że zamierzam rozstać się z panem X, bo przestałam się z nim dogadywać, a to uniemożliwia dalszą współpracę. Kasia przyjęła to naturalnie, wspomniała jedynie, że właściwie to ona sama niewiele miała z panem X do czynienia, współpracował z nim małżonek. Dotarło do mnie, że Kasia jest stworzona do wznioślejszych celów niż prace remontowe i jej ocena pana X musiała, siłą rzeczy, być bardzo powierzchowna. Dotarło do mnie, że nie powinnam korzystać z osoby polecanej przez Kasię, właśnie dlatego, że jej kontakty z fachowcem były praktycznie żadne, opierała się na tym, co mówił mąż. Oczywiście sama sobie jestem winna, nie mam w żadnym stopniu pretensji do Kasi, ona działała w dobrej wierze. Może być również tak, że ktoś inny na moim miejscu nie miałby z panem X problemów. Może on jest niezłym fachowcem, ale … nie dla mnie.

Zadzwoniłam do pana X z prośbą, aby następnego dnia przywiózł wszystkie rachunki, bo mam zamiar zakończyć współpracę i rozliczyć się… Był zaskoczony i zirytowany. Zdawałam sobie sprawę, że oceni wartość swojej pracy wysoko, bo zapewne weźmie pod uwagę … straty moralne. Nie spisywałam z nim umowy, wszystko było oparte na słowach. Wycofanie się nawet z ustnej umowy ma swoją cenę. Uznałam jednak, że święty spokój ceny nie ma.

Pan X nie krył rozczarowania i oburzenia. Dał mi rachunki, określił wartość swojej pracy, dodając, że wykonał to, co najgorsze i najtrudniejsze (doprowadzenie ścian i podłóg do …ruiny). Rzeczywiście trzeba przyznać, że skuwanie ścian i podłóg do przyjemnych prac nie należy. Dodał jeszcze, że teraz dopiero praca byłaby samą przyjemnością. No cóż, odebrałam mu tę przyjemność…

Zapłaciłam tyle, ile chciał. Na szczęście kwota nie była aż tak bardzo wygórowana, jak sobie w czarnych snach wyobrażałam. Nie chciałam się targować i wykłócać. Odpuściłam.

Jeszcze zanim odbyłam ostatnią rozmowę z panem X, zadzwoniłam do inżyniera Y polecanego przez koleżankę z pracy. Jedna lakoniczna rozmowa dała mi obraz kogoś diametralnie innego od pana X, normalnego, otwartego, empatycznego. Nie obiecał, że weźmie ode mnie zlecenie na dokończenie remontu od zaraz, obiecał przyjechać, porozmawiać i sporządzić porządny kosztorys. Kiedy wspomniałam, że poprzedni fachowiec nie potrafił pracować bez piwa, pan Y oświadczył, że jego pracownicy nie muszą się wzmacniać alkoholem, co nie znaczy, że są świadkami Jehowy. Obiecał mi pomóc w tej trudnej sytuacji, ostatecznie żyłam w zrujnowanym w połowie mieszkaniu.

Jaka ulga rozmawiać z kimś normalnym, uświadomiłam sobie, że pan X był z zupełnie innej, nie mojej bajki i nie mogłam odżałować, że pierwsze sygnały jego inności nie dały mi do myślenia, za co zapłaciłam nie tylko cenę wyrażoną w pieniądzach, ale dodatkowym stresem. Fakt, że pan Y jest inżynierem to kwestia drugorzędna, choć zapewne nie bez znaczenia. Współpracując z nim i jego pracownikami każdego dnia przekonuję się o słuszności podjęcia decyzji o rozstaniu z panem X. Remontowanie mieszkania może być całkiem przyjemne, zwłaszcza na końcowym już etapie dopieszczania go, czego właśnie doświadczam.

Remontowanie tak zaczęło mi się podobać, że postanowiłam rozszerzyć front robót… zrobię kilka dni przerwy i wezmę się za balkon i pokój, oczywiście z panem Y i jego ekipą. Oj będzie się działo… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s