Od czasu do czasu zdarza mi się trafić na film lub serial, który nie tylko stanowi strawną rozrywkę, ale daje do myślenia i pozostaje w głowie na dłużej. Zdarza mi się to rzadko, z czego powinnam się chyba cieszyć, bo wiem z autopsji, że taka rozrywka potrafi człowieka wciągnąć bez reszty i skutkować niejedną bezsenną nocą. Opowiem więc fabułę takiego właśnie serialu, który ostatnio przykuł moją uwagę, choć do nowości się nie zalicza. Dla zainteresowanych tytuł* podam na końcu, a sama spróbuję nie spojlerować za dużo, choć będzie to zadanie ciężkie. Kiedy zaczynałam o tym serialu myśleć jako o temacie na notkę, nie wiedziałam w jaką stronę mnie to zaprowadzi. Czasami tak mam, że punktem wyjścia jest coś drobnego, a potem płynę czy wręcz dryfuje w całkiem innym kierunku. Zdaje sobie też sprawę, że często się powtarzam, te same historie, te same wnioski i refleksje, ale sami wiecie… wiek robi swoje 😉
Wracając do serialu…. Małżeństwo ze sporym stażem i bagażem doświadczeń, troje dorosłych dzieci, dwoje mieszkających jeszcze z rodzicami. Żona po wypadku na rowerze długo dochodzi do siebie i fizycznie, i psychicznie. Kiedy już odrzuca kule, chce wrócić do wszystkich aktywności, które na jakiś czas zwiesiła na kołku, w tym do igraszek w małżeńskim łożu. I tu jest szkopuł… bo małżonkowie jakoś nie potrafią się ponownie odnaleźć w roli kochanków. Próbują, próbują, zwłaszcza ona robi wiele, aby rozpalić ogień, który ledwo się tli. A małżonek przyjmuje te próby ze zrozumieniem, ale niezbyt entuzjastycznie w tym dziele pomaga. Po okresie bezskutecznych prób, kiedy ich życie erotyczne praktycznie zamiera, pojawiają się na horyzoncie inne osoby jako … potencjalni kochankowie. On zaprzyjaźniony z koleżanką z pracy zauważa jej „drugą” bardziej cielesną powłokę, więc ich relacja powoli zaczęła ewoluować w kierunku wiadomym. Z kolei żona poznaje na basenie przystojnego policjanta, na którego zwraca uwagę, a on nie pozostaje obojętny i daje sygnały, że nie broniłby się przed bliższym kontaktem.
Zatem kiedy pożycie małżonków zamiera, relacje z innymi nabierają rumieńców. On pierwszy dał się zaciągnąć koleżance z pracy do łóżka, a ona prawie równocześnie zaprosiła do domu kolegę z basenu i też było gorąco. No cóż, krew nie woda… a w małżeńskim łożu jakby nie było wieczna zmarzlina. Dobre małżeństwo charakteryzuje się szczerością, więc niewiele czasu trzeba było, aby oboje przyznali się do zdrad. Zaczął on, czym ośmielił małżonkę. Po początkowym szoku stwierdzili, że nic to nie zmienia w ich relacjach (!), że nadal się kochają, a te przygody na boku, można potraktować jako swoistą odskocznię, która pozwoli im ponownie rozpalić zmysły i być może za jakiś czas do małżeńskiego łóżka przeniknie ta namiętność, którą obecnie rozpalają w nich kochankowie. I tak się stało jak przewidywali, bo oprócz igraszek z kochankami, pojawił się też ekscytujący małżeński seks. Dla jasności ona terapeutka, on nauczyciel, inteligentni, empatyczni i otwarci. Nie chcieli stawiać swoich kochanków w dwuznacznej sytuacji i postanowili ich poinformować o „układzie”, który zawarli między sobą. Jego koleżanka przyjęła to ze zrozumieniem, za to jej kolega z basenu uznał to za „chore” i wyszedł trzaskając drzwiami. Co to jednak za problem znaleźć kogoś, komu taki układ by nie przeszkadzał. Zatem żona ruszyła na poszukiwania zakończone sukcesem.
Nie chcę kontynuować tej opowieści, bo może ktoś chciałby ten serial obejrzeć. Jest tam mnóstwo wątków pobocznych, niektóre bardzo ciekawe, jak spotkania bohaterki z koleżanką po fachu w ramach superwizji. Dla kogoś zainteresowanego psychologią, znajdzie się w tym filmie wiele pouczających historii. Podstawowy wniosek, jaki mi się nasunął po obejrzeniu tego serialu, to pytanie – po co im to było? Skoro wszystko wróciło do punktu wyjścia? Ktoś powie, że każde doświadczenie nas wzbogaca. Kiedyś sama tak mówiłam. Dziś myślę, że trzeba dać czas czasowi, aby coś wróciło do równowagi. Związek zbudowany na dobrym fundamencie ostanie się i po okresie stagnacji czy obojętności prędzej czy później wróci na właściwe tory. Po obejrzeniu tego serialu naszła mnie też refleksja dotycząca odpowiedzialności za uczucia innych. Natrafiłam kiedyś na zdanie wypowiedziane przez prymasa Stefana Wyszyńskiego, które mocno zapadły mi w pamięć, bo jest w nich zawarta głęboka prawda, z której nie zdajemy sobie sprawy. Chodzi o to, że człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi.
A cały ten „eksperyment” bohaterów serialu jakby kompletnie ten aspekt pomijał. Miałam wrażenie, że oni zakładali niezmienność swoich uczuć wobec siebie, ale też swoich kochanków. A życie pisze scenariusze zaskakujące i nie da się niczego założyć i ustalić z góry, bo o ile nad własnymi uczuciami możemy mieć jako tako władzę (choć też iluzorycznie), to nad uczuciami innych kompletnie nie jesteśmy w stanie zapanować. Można więc powiedzieć, że emocje i uczucia, których bohaterowie nie przewidzieli ani u siebie ani u innych, rozwaliły ten „układ” od środka.
Nieczęsto oglądam filmy o związkach, zwłaszcza małżeńskich. Dla mnie to pieśń przeszłości, do której nie wracam ze szczególnym sentymentem. Staram się nie udzielać rad kobietom z mojego otoczenia w sprawach ich relacji z mężami, bo po prostu nie czuję się … kompetentna. Poza tym kieruję się zasadą, że do małżeństwa nie należy się wtrącać, chyba że dostrzegamy przejawy przemocy czy innych patologicznych zachowań. Wiem jedno, również przez pryzmat własnych doświadczeń, że bycie nieszczęśliwym w związku jest wystarczającym powodem do rozstania. Problem w tym, że rzadko zadajemy sobie takie pytanie, albo spychamy je gdzieś głęboko w podświadomość, koncentrując się na kwestiach drugorzędnych. Skoro nie pije, nie bije, pracuje, zapewnia byt rodzinie to jakie znaczenie ma kwestia bycia czy nie bycia szczęśliwą? Co jest tym szczęściem? Każdy odczuwa szczęście inaczej, więc gdzie go szukać, czym ono jest? Po wielu latach w związku, który toczy się siłą rozpędu, chcemy mieć głównie spokój. A szczęście? To coś ulotnego, może kiedyś częściej odczuwane, a dziś lepiej uznać, że szczęście to jedynie brak nieszczęścia. I to też ma sens…
Serce mnie boli, kiedy obserwuję jak młode stażem małżeństwa rozpadają się. Smutno mi, kiedy słucham o zdradzie, obojętności i wzajemnym obwinianiu się. Skoro ona zajęta dzieckiem i wiecznie nie w sosie i z pretensjami, to on „ucieka” z domu i szuka sobie innych rozrywek. Pojawia się jakaś pani, bardziej chętna od zmęczonej i marudnej żony, taka która nie suszy głowy o przysłowiowy zepsuty kran. I zaczyna się romans…. który prędzej czy później wyjdzie na jaw, nie ma siły. Żona w szoku, on się tłumaczy, że to tylko przygoda, że skoro ona była wiecznie niezadowolona i z pretensjami, to przecież naturalne, że do domu go nie ciągnęło. Żona czuje, że jest w tym trochę racji, no tak… urodzenie synka mocno ją przeorało, nie sądziła, że tak ciężko będzie znosić macierzyństwo i choć synka kocha ponad życie, to często czuje się wycieńczona. Dobry mąż nie szuka wtedy odskoczni w pozamałżeńskich układach, tylko wspiera żonę, mocniej angażując się w domowe obowiązki. Tak być powinno, jeśli w związku jest miłość i szacunek, ale bywa niestety tak, jak wcześniej napisałam. Dochodzi do zdrady. Żona albo wybaczy albo nie. Jeśli ma tendencję do samoobwiniania się i niskie poczucie własnej wartości, to uzna, że może do tej zdrady sama się … przyczyniła. I wybacza… ten raz. Ale jej ciało nie wybacza. Odsuwa się, nie łaknie dotyku jak wcześniej, jest jakby zamrożone. Czuje się pusta i zimna. Małżeństwo przetrwało, ale oboje wyszli z tej sytuacji poturbowani. On z poczuciem winy za zdradę, ona ze złamanym sercem. Czy warto to ciągnąć wyłącznie z powodu dziecka? Ono będzie czuło, że rodzice są obok, ale jakby w innych światach. Nie zaobserwuje ich czułości i pocałunków, ich uśmiechniętych w swoim kierunku twarzy. Dziecko nie rozumie, ale czuje. Próbuje ich zbliżyć, bo chce widzieć ich szczęście, a nie zimny wzrok. Nie jest w stanie, cokolwiek zrobi, oni nadal są jakby rozdzieleni. I taki bagaż emocjonalny dostaje na swoją dorosłą przyszłość.
Nikt nie ma recepty na udany związek czy szczęśliwe życie, czasami trzeba zatoczyć koło, aby wrócić do siebie, znaleźć szczęście w sobie i zbudować dobry związek z samym sobą. Nie raz powtarzam maksymę gdzieś wyczytaną … kiedy wewnętrznie pusta ruszasz szukać miłości, możesz znaleźć tylko pustkę.
* „Wanderlust” (2018): Brytyjski dramat (koprodukcja BBC One i Netflix).



