…bez siebie nie jest lżej
Kiedy patrzę na pary, nie tylko małżeńskie, przypominam sobie słowa tej piosenki. I jedno jest w niej pewne, o czym warto pamiętać, że trzeba o miłość dbać. Cały jej sens sprowadza się jednak do stwierdzenia, że zarówno bycie z kimś jest trudne, jak i bycie samemu łatwe nie jest. Kobiety samotne narzekają, że im smutno i źle, a zamężne uciekają z domu, żeby odetchnąć od mężczyzny swojego życia, chociaż na chwilę. Znam taką, która dorabia głównie dlatego, żeby w pracy … odpocząć od marudnego męża. Panowie na emeryturze bywają dość uciążliwi, o czym mogłam się nie raz przekonać.
Małżeństwa z kilkudziesięcioletnim stażem jakoś funkcjonują, bo to jest jeszcze to pokolenie, kiedy rozwody były sporadyczne i społecznie potępiane. Mają wspólne dzieci, wnuki, rodzinne święta i celebracje, wszystko to mocno łączy i integruje. I kiedy pożycie z mężem przebiegało bez większych wstrząsów (zdrad, rękoczynów czy uzależnień) to na stare lata pozostaje przyjaźń i wzajemny szacunek, co jest wystarczające, aby małżeństwo było w miarę zgodne również w późniejszym wieku.
Znacznie trudniejsze, problematyczne są związki drugie a nawet trzecie, zawarte przez osoby po przejściach. Wydawałoby się, że trudne doświadczenia powinny czegoś nauczyć i kolejna próba powinna być udana. Różnie z tym bywa. Czy te kolejne związki są lepsze czy gorsze od poprzednich? Zależy. Z moich obserwacji wynika, że większość z nich nie może służyć za wzór. Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić i wiele par zapewne trwa siłą rozpędu, bo… wspólne mieszkanie, co dwie emerytury to nie jedna, jest do kogo się odezwać, samotność jest niezdrowa, etc. Wszystko to prawda, każdy wybiera to, co mu pasuje. I koszt tego wyboru też sam ponosi.
Na wyjeździe urlopowym przyjrzałam się kilku parom, które tam spotkałam. Przyszło mi nawet do głowy, że może jednak lepiej byłoby na takie urlopy wyjeżdżać bez męża czy żony. I nie chodzi o to, aby szukać wrażeń pozamałżeńskich, raczej o to, aby od siebie odpocząć. Już słyszę głosy oburzenia, no bo od czego tu odpoczywać, skoro para jest szczęśliwa ze sobą. Upss… zatem przepraszam, wyłączam pary szczęśliwe (we własnym mniemaniu). Problem w tym, że wiele par jest na siebie … skazanych i tak jak w piosence, ze sobą nie mogą wytrzymać, ale bez siebie też im źle. Zatem wszystko robią razem, jak papużki nierozłączki.
– Gdzie byłaś?
– Na kawie z dziewczynami.
– Nie mogłaś zadzwonić? Mógłbym do was dołączyć.
Byłam świadkiem tej rozmowy między małżonkami na wyjeździe. Ula to taka nieformalna kierowniczka naszej nieformalnej grupy. Kobieta żywioł. Znałam ją wcześniej. A jej męża poznałam na wyjeździe. Od początku nie wzbudził mojej sympatii. W pierwszy dzień sporo było spraw do ogarnięcia i szukałam Uli, bo potrzebowałam pomocy. Gdzie jest Ula? Rozglądałam się zadając to pytanie, a szanowny małżonek odparował: a o co chodzi? Powiedział to takim tonem, że skutecznie zniechęcił mnie do dalszej rozmowy. Potem dotarło do mnie, że małżonek chciałby mieć Ulę do wyłącznej dyspozycji i będzie jej bronił „jak niepodległości” przed natrętnymi koleżankami i kolegami. Po powrocie Ula wpadła do mnie z pewną sprawą, a małżonek czekał na nią w samochodzie przed budynkiem. Siedziała jak na rozżarzonych węglach. Muszę lecieć, bo Roman na mnie czeka.
No cóż, ja bym chyba nie potrafiła tak żyć… pod presją. Nigdzie się ruszyć bez małżonka nie można, wszystko chce wiedzieć, gdzie jesteś, co robisz, z kim rozmawiasz? Czy Uli to nie przeszkadza? Zapewne jest uciążliwe, ale… z tego, co słyszałam, Roman ma również sporo zalet, zatem bilans dla Uli musi być dodatni, skoro nadal z nim jest. Różnica wieku między nimi jest niewielka, może 5 lat, ale małżonek wyraźnie odstaje od Uli pod względem wyglądu i kondycji, ma sporą otyłość, chodzi powoli i ciężko przy tym oddycha, za to papierosy pali i alkoholu też nie unika. Widać, że niezbyt o siebie dba.
Na wyjeździe było jeszcze kilka par.
Z jednym małżeństwem miałam przyjemność jadać posiłki przy wspólnym stole. Sylwię znałam wcześniej, ale nie była to znajomość bliska, a jej męża nigdy wcześniej nie spotkałam. Wyjątkowo zgodna para, wspierająca się, dobrana w 100 procentach… można było odnieść wrażenie, że są do siebie pod wieloma względami podobni, oboje lubili i nie lubili tego samego, nie było to jakieś udawane, po prostu tacy byli. Wielokrotnie spotykałam ich na spacerze, zawsze trzymających się za ręce, co nie jest częstym widokiem zwłaszcza wśród związków osób zdecydowanie drugiej młodości.
Dwa przykłady związków, dla jasności i w jednym i w drugim przypadku nie są to pierwsze związki. Ula wyszła ponownie za mąż jako wdowa, a Sylwia była rozwiedziona. Oba małżeństwa ze stażem ok. 20 lat, wspólnych dzieci nie mają.
Te obserwacje skłoniły mnie do zadania sobie pytania, czy warto wchodzić w drugie związki w wieku mocno dojrzałym? Czy nie lepiej żyć w pojedynkę? Te kolejne związki ludzi po przejściach tworzy się w wieku ok. 40-50 lat, mężczyźni zazwyczaj są starsi no i… szybciej się starzeją. Mniej o siebie dbają, zwłaszcza do lekarza niełatwo ich zaciągnąć, choć zdarzają się też hipochondrycy (dramat). A kobiety zazwyczaj spełniają rolę tych, które ogarniają dom, sprawy zdrowotne swoje i męża, a w rezultacie to one stają się prędzej czy później opiekunkami dla swoich wybranków. Gdyby spojrzeć na aspekt „korzyści ze związku, to jednak panowie wychodzą na tym lepiej, oczywiście pod warunkiem, że wybrali dobrze. Bo bywa i tak, że panowie przeżywający drugą młodość kierują się bardziej namiętnością niż rozumem, a jak wiadomo namiętność szybko przemija, i jak nie ma innych fundamentów to związek się rozpada i często dla pana kończy się dramatycznie.
Mężczyźni bywają też zaborczy i zazdrośni. Małżonek Uli należy do tej kategorii. Ale znam też przypadek, kiedy zazdrość przybrała niebezpieczne formy, z montowaniem kamerek w samochodzie żony włącznie. Na marginesie dodam, że zazdrośnik przekroczył już 80 lat. Może już wcześniej przejawiał jakieś zachowania podszyte zazdrością, ale teraz stało się to … chore. W tym przypadku jest to małżeństwo z kilkudziesięcioletnim stażem, wspólne dzieci, wnuki, etc. Żona 8 lat młodsza, oddana, wierna, lojalna… ale nie ma wpływu na to, co w głowie męża się dzieje. Rodzina zaczyna podejrzewać, że obsesja zazdrości jest jednym z objawów zaburzeń psychicznych (demencja, a nie daj Boże, Alzheimer).
Znam kobiety i mężczyzn, którzy pragną być z kimś, szukają towarzystwa, chcą związku. Kiedy już osiągną ten cel, zaczynają tęsknić za samotnością. Bo bycie we dwoje to kompromisy i ciężka praca. Mój kolega po niemal 20 latach znalazł swoją kolejną „drugą połówkę”, związał się z nią, ale nawet nie wiem, czy jest szczęśliwy, bo z uwagi na zazdrość partnerki, zerwał kontakty z koleżankami, również ze mną, czego oczywiście nie rozumiem. Tylko dzięki Facebookowi wiem, że żyje i chyba nadal z tą samą partnerką. Mój inny znajomy stracił niedawno żonę. Odeszła tak jak zazwyczaj spędzała czas, czyli przy biurku z książką w ręku. Po powrocie z zagranicy zamieszkali na wsi, w pięknej okolicy. Oboje pisali artykuły i książki. Nie mieli dzieci. Mieli wspólne zainteresowania. Dużo rozmawiali. Ale każde większość czasu spędzało przy biurku w swoim pokoju. Kiedy chcieli to byli razem, kiedy mieli ochotę na samotność czy chcieli popracować szli do swoich jaskiń. Jedno drugiego nie ograniczało, ale wzbogacali się wzajemnie. I taki model związku wydaje mi się najlepszy, ale trzeba mieć szczęście i trafić na kogoś takiego, z kim można być zachowując wewnętrzną wolność i autonomię. Kolejny znajomy nie wchodzi w żadne związki, bo jest przekonany, że będzie tak samo „upierdliwym zgryźliwym staruchem” jak jego ojciec i obraz warczących na siebie rodziców dostatecznie zniechęcił go do ewentualnego związku. Nie chce unieszczęśliwić siebie i drugą osobę. Woli być sam. No cóż, taki wybór.
Jeszcze inna para, o której być może kiedyś pisałam, poznała się późno, bo przed 70, a po pięciu latach rozstali się z powodów … materialnych. Ona miała mieszkanie i dom na działce. On miał wysoką emeryturę i „dożywocie” u córki. Żyli sobie zgodnie, wyjeżdżali na działkę, gdzie zawsze było coś do roboty. Pan ogarniał ogród, pani gotowała i nic nie mąciło ich spokoju, do czasu… Gdy listonosz przyniósł rachunek za prąd i dał panu, a tam było nazwisko syna małżonki, mieszkającego od lat za granicą. Pan nie zdawał sobie sprawy z faktu, że działka nie jest już własnością małżonki. Być może liczył na spadek, gdyby ona odeszła przed nim? Być może uznał, że skoro działka nie należy do niej, to po co ma na niej pracować, pielęgnować rośliny, pomagać w utrzymaniu domu w porządnym stanie? Cokolwiek pan pomyślał, dał pani do zrozumienia, że taka sytuacja mu nie odpowiada. A pani spakowała jego manele i wystawiła walizkę przed drzwi. Pan wrócił do córki, a pani… zdaje się, że po kilku latach trafiła do domu opieki, bo nie była już w stanie sama funkcjonować. W każdym razie ten związek rozpadł się definitywnie. Cała ta historia jest smutna, ale też dużo mówi o ludziach, którzy z błahych (jak dla mnie) powodów decydują się na rozstanie. Przywiązanie do pieniędzy, rzeczy, majątku, stan posiadania okazują się ważniejsze niż miłość, przyjaźń, szacunek, wzajemne wspieranie się. Jeśli ludzie chcą się związać „na stare lata”, bo to im się z jakichś względów kalkuluje, to zazwyczaj nie najlepiej się kończy. Jeśli ludzie chcą być z kimś po to, by wspólnie wzbogacać swoje życie, dzielić się radościami i smutkami, mieć się komu wygadać, ale też umieć słuchać… to wspólne przeżyte lata mogą okazać się szczęśliwe. Nawet przeciwności losu łatwiej pokonać we dwoje…