Czy w dzisiejszych czasach ludzie potrafią ze sobą rozmawiać? Wydaje mi się, że rozmowa rozumiana jako wymiana myśli, refleksji, a nie small talki zanika. Teraz ludzie zazwyczaj porozumiewają się, komunikują, dzielą wydarzeniami z bliższego i dalszego otoczenia.
Niedawno jedna z koleżanek opowiadała nam o problemach sercowych koleżanki jej syna, która to dziewczyna mając od kilku lat wiernego i oddanego chłopaka w Polsce poznała na wakacjach przystojnego Hiszpana i przepadła z kretesem. A ten jej prawdziwy chłopak to taki przyzwoity człowiek, a Hiszpan to tylko chwilowe zauroczenie. Ale tak to wygląda z naszej perspektywy mocno dojrzałych kobiet, z których każda miała w wieku ok. 20 lat różne, niekoniecznie godne naśladowania, przygody 😉 Kiedy tak roztrząsałyśmy to wszystko, naszła mnie refleksja… a co mnie obchodzi jakaś koleżanka syna koleżanki, która musi swoje życie sama ogarnąć i nic nasze rozmowy tu nie zmienią? Czy tego typu rozmowy nie świadczą o tym, że koncentrujemy się na życiu innych nawet tak odległych osób, a nasze życie leży odłogiem, a może nie chcemy o nim z różnych powodów mówić. Rozmowy wyglądają często tak jak media społecznościowe, udostępniamy innym informacje… Co słychać? Takie pytanie najczęściej pada, a odpowiedzi są często standardowe. Nie dzielimy się tym, co czujemy, co nas boli, czego się obawiamy, z czym próbujemy się uporać.
Mam wśród znajomych małżeństwo, które porozumiewa się poprzez Messengera. Oboje zapracowani, on ma mnóstwo aktywności i więcej go w domu nie ma niż jest, a ona oprócz pracy zawodowej ogarnąć musi dwójkę dzieci i mieszkanie też jest na jej głowie. Ich wiadomości są czysto informacyjne, kiedy, co i jak trzeba zrobić. Nie ma tam miejsca na nic więcej, również na … czułe słówka. Ktoś powie, że można rozumieć się bez słów i takie małżeństwo, jeśli się kocha, to nie potrzebuje rozmów. Czy na pewno? Mam co do tego wątpliwości. Nie twierdzę, że dawnej więcej się rozmawiało, zwłaszcza w rodzinach. Czasy naszych rodziców też łatwe nie były, aż trudno sobie dziś wyobrazić, że soboty były pracujące. Tylko wtedy czasu nie zajmowało to, co dziś jest wszechobecne, a więc telewizja, internet, streamingi, media społecznościowe. Kiedy był czas na odpoczynek, to były spotkania towarzyskie i rodzinne, prywatki, a dla mało aktywnych po prostu zwyczajne nicnierobienie, którego teraz też nie ma. Nie dlatego, że nie mielibyśmy na to czasu, a dlatego, że nie potrafimy nic nie robić …odpoczywając.
Za dawnych czasów … kiedy nadchodził wieczór i niewiele już było w domu do zrobienia, ludzie odwiedzali się po sąsiedzku, siadali przy stole i rozmawiali, o wszystkim. Niektórzy mieli dar opowiadania, pamiętam jedną z sąsiadek, która była w tym naprawdę dobra i jako dziecko uwielbiałam słuchać jej opowieści. Czasami forma jest ważniejsza od treści. Ostatnio zaczęłam bardziej wsłuchiwać się i analizować treść rozmów prowadzonych z różnymi ludźmi, z koleżankami, z rodziną, ze znajomymi… łapię się na tym, że mam tendencję do „prowadzenia” rozmowy, zwłaszcza kiedy zapada niezręczna cisza, natychmiast chcę ją czymś zapełnić. Bywa więc, że opowiadam jakieś wydarzenia z własnego życia, żeby rozmowa toczyła się w miarę wartko… bywa że łapię się na tym, że gadam i gadam o sobie i swoich sprawach jakbym czekała, że po drugiej stronie będzie zainteresowanie, wsparcie, akceptacja… i nachodzi mnie refleksja, że moje sprawy nikogo tak naprawdę nie obchodzą, że nie ma sensu „wciskać” komuś treści, które dla nas są ważne, a druga strona może tego właśnie dnia, nie ma ochoty nas słuchać. Warto zastosować inną taktykę, mówić czy odpowiadać będąc zapytanym a nie próbować „na siłę” zainteresować drugą osobę swoim, być może mało ekscytującym, życiem. Zaczęło mnie męczyć bycie tym aktywnym, czy nadaktywnym w rozmowach. Kiedy człowiek próbuje odnaleźć możliwe źródło takich zachowań, powracają wspomnienia z dzieciństwa, kiedy spełniało się rolę dziecka „maskotki”, takiego które dbało o dobrostan innych członków rodziny, które próbowało rozładować napięcie, uspokoić otoczenie, poprawić atmosferę. Spełnianie takiej roli uwidacznia się już w dorosłym życiu podobnymi zachowaniami i reakcjami. I naprawdę trudno być autentycznym. A może nie potrafimy tacy być tylko odgrywamy role przećwiczone w przeszłości?
Lubię ludzi rozmownych, wręcz gadatliwych… nie trzeba się wtedy wysilać, aby ciągnąć rozmowę, bo ona sama się toczy. Mam kuzynkę, której usta się nie zamykają i niełatwo wcisnąć swoje trzy grosze, ale… lubię jej słuchać, bo ma pogodne usposobienie i jej opowieści tchną pozytywną energią. Nie powtarza plotek, nie snuje domysłów, nie komentuje bieżących wydarzeń, zwłaszcza politycznych… Kiedyś zaprosiłam ją do siebie na cały dzień i zastanawiałam się, czy dam radę słuchać tyrady słów w jej wydaniu aż tak długo. Okazało się, że czas z nią spędzony minął błyskawicznie… bo rozmowa a czasami monolog były interesujące i wzbogacające, no i sama jej osobowość działała kojąco. Bywa i tak, że wykonujemy telefony z obowiązku do kogoś z rodziny, bo wypada od czasu do czasu odezwać się i zapytać, co słychać. Bywa, że natrafiamy na mur obojętności i musimy sporo się napocić, aby rozmowę ciągnąć, bo ten ktoś po drugiej słowie albo ogląda telewizję albo narzeka albo niewiele ma do powiedzenia, a na pytanie – co słychać, odpowiada „stara bieda”. Znam ludzi, którzy ledwo zwloką się z łóżka już narzekają, a to na pogodę, a to na ból nogi, a to na sam fakt, że … znów trzeba wstawać. Miałabym wtedy ochotę powiedzieć, że takie nastawienie to prosta droga to rychłego niewstania, co czeka każdego z nas, ale każdy z nas ma wybór, czy powitać dzień z radością i przeżyć go tak, aby nie był dniem zmarnowanym czy tracić go na marudzenie i marnowanie energii.
Wracając do rozmów, niektórzy potrafią mówić wyłącznie o sobie i swoich sprawach, jakby świat tylko wokół nich się kręcił. Nie przyjmują do wiadomości uwag, a nie daj Boże krytyki. Nie można im przerywać, bo to ich dekoncentruje i wyrywa ze słowotoku. Kiedy już opowiedzą Ci wszystko, co ich dotyczy, a zazwyczaj nie jest to nic wesołego, same smutki, żale i problemy, to czujesz, że ta zaaplikowana Ci dawka złej energii jednak zostaje i można sobie wmawiać, że potrafimy jednym uchem wpuszczać, a drugim wypuszczać, ale to nie do końca prawda. Niewielu ludzi to potrafi, może psychoterapeuci, aby pracować i nie zwariować muszą mieć taki mechanizm opanowany. Ale kiedy masz w rodzinie takie osoby nastawione wyłącznie na swoje potrzeby i oczekujące, żeby świat ich rozumiał i spełniał ich oczekiwania, to wtedy nie masz lekkiego życia. Okazuje się, że oddychasz tym powietrzem negatywizmu a potem nie wiesz, dlaczego czujesz się wypompowana i zmęczona. Kto z kim przestaje takim się staje… nasiąkamy więc cechami ludzi, którzy nas otaczają i bywa, że z różnych względów jesteśmy na kontakt z tymi osobami „skazani”, co dotyczy zwłaszcza rodziny. Coś jednak można z tym zrobić? Po prostu ograniczać takie kontakty do niezbędnego minimum, nie tłumaczyć się ze swojej postawy, odbieranej zapewne jako zmiana na gorsze. Mało prawdopodobne, aby druga strona zrozumiała przyczynę naszego odsuwania się, ale to tym bardziej powinno nas utwierdzić w przekonaniu o słuszności naszego postępowania. Innych zmienić nie można, można zmienić tylko siebie.




