Przeprowadzka

Nie lubię przeprowadzek, przyzwyczajam się do miejsc i ludzi, ale czasami po prostu inaczej się nie da. Odchodząc z bloxa nie miałam wyboru, chciałam przenieść w sposób szybki i nieskomplikowany zawartość bloga w inne miejsce, więc uczyniłam to i znalazłam się na wordpressie. Nie zadomowiłam się tutaj, pomimo prób. Nawet trudno mi znaleźć jakieś racjonalne argumenty. Po prostu bardziej przyjazny, dla mnie, wydaje się blogger, gdzie stworzyłam nową pięćdziesiątkę. Problem w tym, że i w tym nowym, fajniejszym według mnie miejscu, aktywnością nie grzeszę. Ale widocznie taka już moja „uroda”. Nie jestem w stanie nawet obiecać, że to się kiedyś zmieni. Mogę jedynie próbować.

Bo z pisaniem jest tak, że trzeba mieć …. wenę. Osobiście nie mam szczególnej potrzeby dzielenia się moim życiem osobistym (może kiedyś i to ulegnie zmianie), o którym pisanie byłoby z pewnością łatwiejsze. Mam natomiast potrzebę dzielenia się swoimi wnioskami, obserwacjami, myślami, odczuciami, refleksjami. A z tymi ostatnimi jest różnie. Bywa, że przez długi czas nie zdarza się nic, o czym chciałabym napisać i czuję totalną pustkę. A wtedy szkoda czasu i mojego, i potencjalnych czytelników.

Reasumując, przenoszę się, gdyby ktoś był zainteresowany to zapraszam, a w tym miejscu zostawiam całą bloxową przeszłość. Zostawiam sobie też szansę na zmianę zdania 🙂

https://piecdziesiatka.blogspot.com/

Pomaganie, oczekiwanie, wykorzystywanie…

Nie wiem, czy każdy tak ma, ale większość chyba podobnie patrzy na kwestie pomagania a z drugiej strony poczucia bycia wykorzystywanym. Owszem można być życzliwym, miłym, uczynnym, pomocnym, ale czy można za to oczekiwać jakiejś wdzięczności? Czy oczekiwanie swoistej rekompensaty za nasze dobre serce nie zadaje kłam przekonaniu, że pomagamy bezinteresownie?

No cóż, ja bym bezinteresowność zarezerwowała dla najbliższej rodziny, a więc rodzice, dzieci czy rodzeństwo. I to też nie do końca. Bo przecież czegoś za to oczekujemy, choćby wdzięczności czy szacunku. Rodzice, którzy wychowali dzieci, oczekują, że te dzieci będą się nimi zajmować na starość. Dzieci, kiedy jeszcze są niesamodzielne, ciągną od rodziców pieniążki i nawet nie pytają, jak ciężko rodzic musi na te pieniążki pracować. Rodzice pracują, dzieci się uczą, każdy ma swoje obowiązki, role są rozpisane. Tata obiecuje zakup hulajnogi, jak dziecko dostatnie dobre świadectwo. Takie dość często spotykane transakcje w rodzinie zapewne nie uczą bezinteresowaności, tylko podejścia “coś za coś”. Suma sumarum w relacjach rodzinnych pewne kwestie są oczywiste i nawet jeśli jedna strona daje więcej, to jest szansa, że kiedyś druga jakoś się za to odwdzięczy.

Gorzej z tym naszym “dobrym sercem” jest w relacjach koleżeńskich, a już najgorzej w damsko-męskich. Znajoma ma w pracy młodego zdolnego chłopaka, który jest fajny, szarmancki, przystojny i …niedojrzały. Bardzo go lubi, zresztą nie jest w tym odosobniona, bo cała damska część biura za chłopakiem zerka pożądliwie. Chłopak dobrze wie, jak wykorzystać swój urok i czar, prawi komplementy na prawo i lewo, żartuje, prowokuje, a wyobraźnia koleżanek pracuje na wysokich obrotach. W sprawach zawodowych chłopak jest bystry, ale niedokładny, spóźnialski, chaotyczny, niezdyscyplinowany. A że znajoma pozycję w biurze ma niekwestionowaną i sporo od niej zależy, chłopak upatrzył sobie ją jako powierniczkę i obiekt żartów z podtekstem. Dziewczyna wpisała się w taką konwencję z radością i długo było miło. Ona mu pomagała, ratowała z opresji, wywalczyła u szefa premie, a on prawił komplementy, uśmiechał się szeroko, żartował, że jest “panią jego serca”.

Problem zaczął się w momencie, kiedy to pomaganie chłopakowi zaczęło wywoływać u znajomej pewne …oczekiwania. Jak wyjechał w zagraniczną delegację to oczekiwała jakiegoś sympatycznego prezentu, a dostała breloczek do kluczy. Jak miała imieniny, to oczekiwała, że nie zadowoli się życzeniami, ale przyniesie też kwiaty. Jak musiała się za niego tłumaczyć szefowi, bo zawalił kolejny termin oddania projektu, to oczekiwała, że nie tylko jej podziękuje, ale będzie na tyle empatyczny, żeby martwić się również o jej pozycje w firmie, która w wyniku jego błędów też ucierpiała.

Była więc dobra i pomocna, ale czegoś za to oczekiwała.

Czy pomaganie i oczekiwanie czegoś w zamian, ma sens? Jeśli pomagamy za coś, to czy to jest nadal pomaganie, czy transakcja wiązana? Ja Tobie załatwię to, a Ty zrób dla mnie coś innego.

Czy potrafimy więc pomagać, nie oczekując niczego w zamian?

Moja znajoma pomagała chłopakowi dlatego, że go lubi, a może trochę się w nim zadurzyła, ale pewnie powinna zakreślić granice tego pomagania, żeby nie czuć się … wykorzystywaną.

I o to tytułowe poczucie bycia wykorzystywanym tu chodzi. Jest to uczucie okropne. Sama też nie raz go doświadczyłam. Czujemy się wykorzystywani w pracy, w związkach i przyjaźni. Problem w tym, że jest to nasze subiektywne odczucie. Gdybyśmy zapytali o to osobę nas wykorzystywującą, to najprawdopodobniej oczy wyszłyby jej z orbit, ze zdziwienia. Dla niektórych korzystanie z uprzejmości innych to sposób na życie. Na świecie wielu jest Samarytanów, ale niemniej zapatrzonych w siebie egoistów. Może ci ostatni nie byliby tacy, gdyby nie spotkane po drodze dobre dusze, które nad biednym chłopakiem czy dziewczynką się roztkliwiają i dają się wykorzystywać, tylko idiota by z takiej możliwości nie skorzystał.

Jeśli coś robisz, nie oczekuj wdzięczności, niczego nie oczekuj, bo jeśli oczekujesz, to znaczy, że nie chcesz prawdziwie pomóc. Wyjątkowe są w życiu sytuacje symetrii w dawaniu i braniu, nawet w zgodnym małżeństwach bywa z tym różnie, najczęściej jedna strona daje z siebie więcej, druga mniej. Dopóki to dawanie nie stanowi problemu dla strony dającej, dopóki nie oczekuje ona wdzięczności, czy czegokolwiek innego, to w zasadzie nie ma nad czym deliberować. Natomiast na glebie “poczucia bycia wykorzystywanym”, nic dobrego nie wyrośnie, takie relacje są niezdrowe i trzeba albo przestać dawać za dużo (w swoim mniemaniu), albo zmienić relacje.

I jeszcze na koniec zabawna i jednocześnie pouczająca historyjka. Zdarzyło mi się kiedyś mijać się na chodniku ze starszą panią z pieskiem. Zajmowali oboje całą szerokość chodnika. Żeby ich minąć musiałam wejść na trawnik, co wywołało u pani atak słowny z epitetami pod moim adresem. A ja tylko chciałam być uprzejma i oczekiwałam choćby uśmiechu za to, że ustąpiłam miejsca. I spotkała mnie za to “nagroda”. Trzeba było wejść między panią a pieska, pociągnąć za smycz, coby i paniusia, i piesek poczuli 😉

Morał z tego taki: uważaj, nigdy nie wiesz, komu robisz uprzejmość, więc lepiej nie ryzykuj 😉

Maryla Rodowicz, czyli coś na sen

W niedawno przeczytanym przez mnie wywiadzie, Maryla Rodowicz stwierdziła, że śpi 9-10 godzin, bo to najlepiej działa na jej … urodę. Myślę o tym jej spaniu od kilku dni, bo wydaje mi się, że wraz z wiekiem człowiek sypia coraz krócej, czego sama jestem najlepszym przykładem. Do tego łatwo się wybudza.

Jak naszej Maryli udaje się tak długo spać, nie wiem, ale chętnie poznałabym jej sposób na sen.

Sama miewam różne patenty na zasypianie.

Kiedyś zasypiałam przy włączonym telewizorze, co jest niezdrowe, bywa też nieskuteczne. Chyba bardziej nam się wydaje, że dzięki brzęczącemu pudełku szybciej zasypiamy, a może po prostu źle znosimy ciszę, która zwłaszcza przed snem potrafi … dzwonić w uszach, a głowa podsuwa jakieś nabrzmiałe tematy, aby się z nami podrażnić, co potrafi odsunąć sen na dalszy plan.

Grające lub gadające radio ma tę zaletę, że nic w ciemności nie miga, ale za to potrafi zainteresować i skutecznie wybudzić. Kiedyś trafiłam na tak interesującą audycję radiową, z nocnymi rozmowami ze słuchaczami, że zarwałam noc, poszłam z podkrążonymi oczami do pracy.

Od kilku lat preferuję przed snem audiobooki. Zaczęłam od lekcji angielskiego, bo miałam etap samouctwa, który dość szybko się skończył z racji braku okazji I możliwości weryfikacji swoich umiejętności. A jak już się taka zrodziła, bo daleka rodzina z USA przyleciała, to się okazało, że ja słówko znam, ale jak je wypowiem, to oni mnie nie rozumieją. Bywało więc, że musiałam napisać. I co mi przyszło z tego słuchania lektora I świetnej angielszczyzny, skoro efektów wymiernych nie było.

Potem przerzuciłam się na słuchanie powieści. Dużo zależy od lektora. Są głosy, które przed snem są dla mnie irytujace, a inne działają jak balsam. Z powieściami był jednak pewien problem. Wciągnięcie się w akcję powodowało odciągnięcie się od snu, nasłuchiwanie, podniesiony poziom adrenaliny. I jak w takim stanie zasnąć? Nie da się.

Ostatecznie stwierdziłam, że najlepiej działają na mnie (przed snem) powieści już znane. I na tyle fajne, że da się ich słuchać w nieskończoność. Zatem od roku słucham jednego głosu, jednego aktora, czytającego cztery powieści jednego pisarza.

Nie muszę w napięciu śledzić akcji, bo znam ją na pamięć. Głos Mariusza Bonaszewskiego działa na mnie kojąco i usypiająco. Treść powieści może nie jest sielska i anielska (kryminały), ale to mi w zupełności nie przeszkadza. Chodzi przecież o skutek, a nie metody do niego prowadzące.

Gdyby tak był konkurs na najbardziej dziwaczną fanaberie, to może dzięki tej mojej metodzie na sen, miałabym w nim szansę.;-)

Organek, czyli coś inspirującego…

Nieczęsto trafiam na coś inspirującego, na coś, co mnie poruszy, coś uświadomi. Ostatnio prawie w ogóle. A jeszcze żebym miała ochotę podzielić się na blogu refleksjami na ten temat, to już rzadkość. Może jest to jeden z powodów, że ostatnio nie piszę. A może nie piszę, bo nie mogę przyzwyczaić się do tego miejsca w sieci, i wciąż nie opanowałam możliwości, jakie wordpress posiada. W zasadzie ważne jest tylko to, że potrafię zamieścić notkę. I cieszę się z tego, że cała treść z bloxa została tu przeniesiona. A reszta ma drugorzędne znaczenie. Blog może sobie wisieć po … wieczne czasy. 😉

Z pisaniem bywa u mnie różnie. Był czas intensywny, ale się skończył. Kiedy obserwuję inne znajome blogerki, to też dostrzegam … syndrom wypalenia u tych “starszych”, a niektóre przenoszą się do innych stref interentowej dżungli. Jestem pełna podziwu wobec tych idących z duchem czasu oraz tych “młodszych”, którym i weny, i czasu na blogowanie wystarcza. Czasami zazdroszczę. Sama kiedyś też taka byłam, ale już nie jestem. Wszystko w życiu się zmienia, wszystko przemija, fascynacje, zainteresowania, pasje, znajomości, emocje… życie jest ciągłą zmianą.

Dlatego czekam na lepsze czasy, również dla swojej weny twórczej. Nie czekam bezczynnie. Postanowiłam zajrzeć na bloggera i tam zacząć coś pisać. Może coś innego niż tu, a może kiedyś tutaj działalność zakończę i przeskoczę tam na stałe. Cokolwiek się stanie i jakąkolwiek decyzję podejmę, zostanie ona światu wirtualnemu ogłoszona 😉

Na razie nie podaję adresu bloga, przynajmniej dopóki nie zacznę pisać intensywniej.

Nie wyrabiam się z pisaniem na jednym blogu, to założyłam drugi, czyż to nie paradoks.

Przechodzę do Organka, czyli mojej inspiracji.

Kilka dni temu miałam okazję przeczytać w Gazecie Wyborczej wywiad z Tomaszem Organkiem, muzykiem i … pisarzem. Oprócz kwestii muzycznych, na których znam się bardzo słabo, wręcz w ogóle, poruszył w tym wywiadzie sprawy trudne. Wiara w Boga, relacje z bliskimi, kondycja współczesnego świata. Wspomniał o nieżyjącej Mamie, o swoich skomplikowanych z nią relacjach I jej niełatwym odchodzeniu. W tym miejscu podzielił się refleksją natury ogólnej, z której wyciągnęłam wniosek, że zapamiętujemy bliskich nam ludzi właśnie takich, jakimi byli w tym niełatwym czasie odchodzenia. Sama łapię się na tym, że niektóre bliskie mi osoby widzę z okresu choroby, a nie z czasów kiedy byli sprawni i pełni życia. Po prostu te ostatnie lata odciskają mocne piętno na najbliższych osobach, które opiekowały się swoimi ojcami, matkami, babciami czy dziadkami, tym bardziej taki okres życia zapada w pamięć.

 Organek zapytany, czego się boi, odpowiada:  Boję się upokorzenia. Kiedy człowiek umiera w cierpieniu, schodzi z niego całe człowieczeństwo – to, kim był, i to, kim chciał być. Zostaje czysta, goła, śmierdząca fizyczność. I to jest straszne. Bo człowiek aspiruje do czegoś więcej przez całe życie i nagle to, kim się stał, nie ma znaczenia. W obrządku katolickim jest wezwanie: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas, Panie”, ale jeżeli ja mam wybierać nagłą i niespodziewaną śmierć albo umieranie roczne ze świadomością rozpadających się tkanek ciała, to wybieram pierwszy scenariusz.

Niesposób się z Organkiem nie zgodzić.Może dlatego, kiedy koleżance zmarła niedawno wiekowa Babcia, jak się okazało – we śnie, to pomyślałam, że to piękna śmierć.

W dzisiejszych czasach postępu medycyny nie tylko żyjemy dłużej, ale też cierpimy dłużej, że “odchodzenie” bywa pasmem bólu i dla konkretniej osoby i dla jej bliskich. Z pozoru truizm, bo przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć, a tym bardziej samemu zdecydować, jak jego odchodzenie będzie się odbywać. Na etutanazję za naszych czasów, w naszym pięknym kraju, niesposób liczyć, choć chętnych z pewnością by nie brakowało. Łatwo jest na ten problem patrzeć z perspektywy człowieka zdrowego, optyka ulega radykalnej zmianie w czasie choroby. Bycie zwolennikiem “naturalnej śmierci” oznacza w wielu przypadkach  “nienaturalne” podtrzymywanie ledwo tlącego się życia, bywa że w mocno inwazyjny sposób, dostarczający wiele bólu.

Organek we wspomnianym wywiadzie mówił jeszcze wiele mądrych, w mojej opinii, rzeczy. Ciekawy i dobry człowiek. Nietuzinkowy. Pomyślałam, czy nie skusić się na jego świeżutką (pierwszą i jedyną) powieść: „Teoria opanowywania trwogi”. Dość dawno nie kupiłam książki “papierowej” zadowalając się e-bookami. Chyba czas najwyższy dotknąć normalnej książki. Muszę też posłuchać jego utworów muzycznych, choć na muzyce nie znam się jakoś szczególnie, ale z pewnością wiem, co mi się podoba.;-)

Nie samą pracą człowiek żyje…

… to oczywista prawda, ale spędzamy w tej pracy tak dużo czasu i wywiera ona tak duży i różnoraki wpływ na nasze życie, że skłaniam się ku stwierdzeniu, że owszem, może nie samą pracą się żyje, ale…jej rola w życiu jest niezmiernie ważna. Oczywiście dopóki się pracuje.

Odejście z pracy (na emeryturę) w sytuacji, kiedy zapełniała nam ona wiele czasu i absorbowała mocno, powoduje początkowo szok i chęć nadrobienia „straconego czasu”. Moja znajoma wpadła w euforię, bo wreszcie miała czas na spotkania z koleżankami, na udział w życiu kulturalnym i aktywność na różnych polach. Jednak z czasem ten początkowy etap zachłyśnięcia się wolnością minął, no bo ile ma się tych koleżanek i jak często można się z nimi spotykać. Ile filmów i spektakli można obejrzeć i jak często? Wszystko jest dobre, ale w jakichś racjonalnych proporcjach. Jeśli ktoś jest z natury aktywny, a wyżywał się w pracy, to będzie próbował poza pracą też taką aktywność zachować, co w sumie nie jest tak do końca możliwe. Praca wyznacza rytm życia, narzuca dyscyplinę. Aktywności emerytowi nic i nikt nie narzuca, on sam musi wyrobić w sobie taką umiejętność. A niewielu jest ludzi, którzy to potrafią. Moja znajoma też sobie to uświadomiła i początkowy entuzjazm osłabł. Dotarło do niej, że w pracy jednak zawsze coś się działo, różne zadania, kontakty z nowymi ludźmi, rozmowy, adrenalina na podwyższonym poziomie. W życiu emeryta jest tego wszystkiego zdecydowanie mniej i przychodzi moment, kiedy niektórym zaczyna czegoś brakować.

Jest jeszcze jeden aspekt pracy, którego każdy potrzebuje jak kania dżdżu… to satysfakcja z pracy, poczucie bycia potrzebnym, docenionym, ważnym, etc. Jakakolwiek by ta praca nie była, łatwa czy trudna, fizyczna czy intelektualna, to każda może nam takową satysfakcję przynieść. W niektórych zawodach o nią łatwiej. Nauczyciel czy lekarz są tu najlepszym przykładem. Jeden ma wpływ na to, co w głowie naszej zostanie, a drugi na to, jak nasze ciało funkcjonuje. Lekarz i nauczyciel to jednocześnie zawody, który wymagają ogromnego poświęcenia, to …misja. Chodzi oczywiście o  przedstawicieli tego zawodu, którzy do wykonywania zadań się przykładają.

Kiedy pacjent jest zadowolony, albo jego stan znacznie się poprawia, nie mówiąc już o uratowaniu komuś życia, to satysfakcja z takiej pracy murowana.

Kiedy uczeń odniesie sukces, bywa że osiągnięciami naukowymi przerośnie swojego mistrza, to taki nauczyciel może sobie pogratulować.

Mamy jednak tysiące innych zawodów przy których poszukiwanie poczucia satysfakcji może być trudniejsze. Weźmy taką kasjerkę w supermarkecie i jej poczucie satysfakcji albo panią Jankę, sprzątającą moje piętro w firmie. Jak to wygląda w ich przypadku? Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że każdy dobrze wykonywany zawód może przynosić satysfakcję. Wszystko można robić z konieczności, ale można też z zaangażowaniem, nie mówiąc już o życzliwości i miłym uśmiechu dla innych.

Widać, że przedstawiciele różnych usługowych zawodów nauczyli się (a może musieli to zrobić) pewnych kulturalnych zachowań, np. codziennie słyszę życzenia miłego dnia i przy kasie i od pani Janki. Przyznam, że osobiście wolę profesjonalną obsługę bez nadmiaru grzeczności. W sklepach irytują mnie zapytania o drobne pieniądze, kiedy wykładam banknot, bo kasjerki notorycznie mają z tym problem, natomiast klienta objuczonego zakupami, zajętego ich pakowaniem, można zmusić do sięgania po portfel i poszukiwania tych drobniaków: czy ma pani 34 grosze? albo jeszcze lepiej 4 zł 34 grosze? Pani Janka też nie zawsze dokładnie sprzątnie, a kiedy zwróci się jej uwagę, robi obrażoną minę.

Kolejna bardzo ważna kwestia z pracą związana, to atmosfera w niej panująca i co za tym idzie, życie towarzyskie po pracy. Bywa różnie. Tworzą się grupy, paczki, towarzystwa wzajemnej adoracji, spędzające razem czas, również w życiu prywatnym. Coraz powszechniejsze stają się imprezy i wyjazdy integracyjne. Potem słyszy się niesamowite historie, plotki, kto z kim i dlaczego, nie wspominając o trudnych powrotach do rzeczywistości, po nadmiarze spożytego alkoholu.

„Za moich czasów” też balowało się dużo, ale (o ile dobrze pamiętam) było to po pracy i za własne pieniądze, a może ja po prostu do takich firm trafiałam.

Atmosfera w pracy jest nie do przecenienia. Nawet jeśli bywają trudne momenty, duży stres i mnóstwo zadań, wzajemny szacunek, życzliwość i przyjaźń powodują, że z każdą sytuacją można sobie jakoś poradzić. Czy przyjaźń w pracy się sprawdza? Oczywiście różnie z tym bywa, bo przecież jest konkurencja, pęd za karierą, zazdrość, etc. Dobrze jest, kiedy nie ma bliskich relacji służbowych, zwłaszcza stosunku szef-podwładny. Niełatwo przetrwać w przyjaźni sytuację, kiedy jedna z koleżanek zostaje szefową drugiej. Znam to z doświadczenia i chociaż przyjaźń przetrwała, to nie wspominam tych czasów z sentymentem.

I na koniec materialny aspekt pracy. Wiadomo, każdy by chciał zarabiać jak najwięcej. Porównujemy się z innymi i najczęściej wychodzi nam, że zarabiamy nieadekwatnie do wysiłku.

Kiedy słyszę ile zarabiają w Polsce nauczyciele, to mi ręce opadają. Za czasów mojej młodości zawód ten cieszył się ogólnym poważaniem i od strony finansowej też nie było chyba najgorzej.

Teraz jest źle. Jedno, czego nauczycielom odmówić nie sposób, to fakt, że ich zawód jest misją, ich zaangażowanie ma ogromne znaczenie. Tym bardziej należałoby o tę grupę zawodową dbać, wręcz chuchać i dmuchać. A jak wygląda rzeczywistość? Sami widzicie.

Pierwszy wpis w nowym miejscu

Po wielu latach blogowania na bloxie, zmuszona okolicznościami ode mnie niezależnymi, przeniosłam się na niniejszy portal.

Mam nadzieję, że z czasem nauczę się tutaj poruszać. Na razie jest … dziwnie.

Na dobry początek, mądry cytat, którego przypomnienie sobie od czasu do czasu uczy dystansu.

„Człowiek poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze,

następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie.

Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości.

W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc.”

 Dalajlama

post

Chwila

Czy coś mnie ostatnio zachwyciło? Widok ośnieżonych drzew, ptaszek na balkonie, zakochana para, dziecko na ramionach tatusia, piękna muzyka? Całe mnóstwo obiektów zachwytu. Nie zawsze potrafię (jestem w stanie) znaleźć tę chwilę na zachwyt… czymkolwiek? Bo żeby się zachwycić trzeba mieć w głowie i w sercu miejsce na ten zachwyt. A my wciąż za czymś gonimy. Rano, żeby zdążyć do pracy, wieczorem, żeby zrobić zakupy, a potem stać nad blatem kuchennym przygotowując kolację. Na koniec dnia znajdziemy jeszcze czas lub go nie znajdziemy na kilka migawek wiadomości i ulubionych seriali, a później, o ile zmęczone oczy na to pozwolą, bierzemy do ręki książkę i zasypiamy. Sen przychodzi łatwo lub trudno, wybudzamy się, myślimy o tym, co jutro nas czeka, co trzeba załatwić, o czym nie wolno nam zapomnieć. Myślimy o problemach i sprawach, które już mamy, ale też o tych, które mogą się zdarzyć. Dlaczego większość z nas budząc się w nocy nie myśli o sprawach przyjemnych, a galopujące myśli przynoszą najczęściej rzeczy przykre? Zastanawia mnie to. Może szczęśliwy człowiek śpi jak suseł i nie zdarzają mu się ani problemy z zaśnięciem, ani przerwy we śnie? Ale kto z nas jest permanentnie szczęśliwy? Takiego stanu przecież nie ma.

Moja droga do pracy to 15 minutowy spacer alejką przez park, a potem tyle samo trwająca jazda autobusem. Mogłabym wykreślić z planu dnia ten poranny spacer i zamienić go na dojazd wyłącznie autobusem, aczkolwiek z przesiadką, ale… nie robię tego nie tylko z przyczyn zdrowotnych, ale głównie po to, aby mieć okazję do …zachwytów. Niedawne opady śniegu, które przykryły i otuliły drzewa, to dla mnie widok cudowny, przypominający zimy mojego dzieciństwa, a więc białe, mroźne i słoneczne. Brakuje mi też na co dzień w wielkim mieście perspektywy, odległości, przestrzeni, którą stwarza wspomniany park. Lubię tę moją alejkę, choć rano wiedzie pod górkę, bo mogę sobie popatrzeć i popodziwiać, o ile jest co, a przeważnie jest, tylko nie zawsze to dostrzegam. Kiedy nie widać cudów przyrody, widać dzieci biegnące do pobliskiej szkoły, biegaczy starszych i młodszych, pieski ze swoimi właścicielami. Dzieci starsze trzymają za ręce młodsze rodzeństwo, gaworzą o sprawach dla nich istotnych, tryskają energią bez względu na aurę, a ja uśmiecham się do nich i uśmiecham się do siebie.

Kiedy zastanowię się nad tymi chwilami zachwytu, które mi się ostatnio dość często zdarzają, to przychodzi mi do głowy jedno wyjaśnienie tego, dlaczego wcześniej było ich u mnie mniej. Żeby się zachwycić trzeba w danym momencie nie mieć trosk, zwłaszcza tych dużego kalibru, bo przecież każdy jakieś problemy ma. A czy szczęście to nie jest właśnie brak trosk?

Kiedy patrzę na ostatnie chwile z życia ŚP. Pawła Adamowicza, Prezydenta Gdańska, uwiecznione telefonem komórkowych, i słucham jego słów, pełnych wiary, radości i euforii o tym, że po raz kolejny Wielka Orkiestra Owsiaka pięknie zagrała, że Gdańsk jest najcudowniejszym miastem świata, to myślę, jak blisko jest od zachwytu do tragedii, jak ulotna jest każda chwila naszego życia, i jak nieprzewidywalna jest chwila, która po niej nastąpi.