Zdrada … za przyzwoleniem?

Od czasu do czasu zdarza mi się trafić na film lub serial, który nie tylko stanowi strawną rozrywkę, ale daje do myślenia i pozostaje w głowie na dłużej. Zdarza mi się to rzadko, z czego powinnam się chyba cieszyć, bo wiem z autopsji, że taka rozrywka potrafi człowieka wciągnąć bez reszty i skutkować niejedną bezsenną nocą. Opowiem więc fabułę takiego właśnie serialu, który ostatnio przykuł moją uwagę, choć do nowości się nie zalicza. Dla zainteresowanych tytuł* podam na końcu, a sama spróbuję nie spojlerować za dużo, choć będzie to zadanie ciężkie. Kiedy zaczynałam o tym serialu myśleć jako o temacie na notkę, nie wiedziałam w jaką stronę mnie to zaprowadzi. Czasami tak mam, że punktem wyjścia jest coś drobnego, a potem płynę czy wręcz dryfuje w całkiem innym kierunku. Zdaje sobie też sprawę, że często się powtarzam, te same historie, te same wnioski i refleksje, ale sami wiecie… wiek robi swoje 😉

Wracając do serialu…. Małżeństwo ze sporym stażem i bagażem doświadczeń, troje dorosłych dzieci, dwoje mieszkających jeszcze z rodzicami. Żona po wypadku na rowerze długo dochodzi do siebie i fizycznie, i psychicznie. Kiedy już odrzuca kule, chce wrócić do wszystkich aktywności, które na jakiś czas zwiesiła na kołku, w tym do igraszek w małżeńskim łożu. I tu jest szkopuł… bo małżonkowie jakoś nie potrafią się ponownie odnaleźć w roli kochanków. Próbują, próbują, zwłaszcza ona robi wiele, aby rozpalić ogień, który ledwo się tli. A małżonek przyjmuje te próby ze zrozumieniem, ale niezbyt entuzjastycznie w tym dziele pomaga. Po okresie bezskutecznych prób, kiedy ich życie erotyczne praktycznie zamiera, pojawiają się na horyzoncie inne osoby jako … potencjalni kochankowie. On zaprzyjaźniony z koleżanką z pracy zauważa jej „drugą” bardziej cielesną powłokę, więc ich relacja powoli zaczęła ewoluować w kierunku wiadomym. Z kolei żona poznaje na basenie przystojnego policjanta, na którego zwraca uwagę, a on nie pozostaje obojętny i daje sygnały, że nie broniłby się przed bliższym kontaktem.

Zatem kiedy pożycie małżonków zamiera, relacje z innymi nabierają rumieńców. On pierwszy dał się zaciągnąć koleżance z pracy do łóżka, a ona prawie równocześnie zaprosiła do domu kolegę z basenu i też było gorąco. No cóż, krew nie woda… a w małżeńskim łożu jakby nie było wieczna zmarzlina. Dobre małżeństwo charakteryzuje się szczerością, więc niewiele czasu trzeba było, aby oboje przyznali się do zdrad. Zaczął on, czym ośmielił małżonkę. Po początkowym szoku stwierdzili, że nic to nie zmienia w ich relacjach (!), że nadal się kochają, a te przygody na boku, można potraktować jako swoistą odskocznię, która pozwoli im ponownie rozpalić zmysły i być może za jakiś czas do małżeńskiego łóżka przeniknie ta namiętność, którą obecnie rozpalają w nich kochankowie. I tak się stało jak przewidywali, bo oprócz igraszek z kochankami, pojawił się też ekscytujący małżeński seks. Dla jasności ona terapeutka, on nauczyciel, inteligentni, empatyczni i otwarci. Nie chcieli stawiać swoich kochanków w dwuznacznej sytuacji i postanowili ich poinformować o „układzie”, który zawarli między sobą. Jego koleżanka przyjęła to ze zrozumieniem, za to jej kolega z basenu uznał to za „chore” i wyszedł trzaskając drzwiami. Co to jednak za problem znaleźć kogoś, komu taki układ by nie przeszkadzał. Zatem żona ruszyła na poszukiwania zakończone sukcesem.

Nie chcę kontynuować tej opowieści, bo może ktoś chciałby ten serial obejrzeć. Jest tam mnóstwo wątków pobocznych, niektóre bardzo ciekawe, jak spotkania bohaterki z koleżanką po fachu w ramach superwizji. Dla kogoś zainteresowanego psychologią, znajdzie się w tym filmie wiele pouczających historii. Podstawowy wniosek, jaki mi się nasunął po obejrzeniu tego serialu, to pytanie – po co im to było? Skoro wszystko wróciło do punktu wyjścia? Ktoś powie, że każde doświadczenie nas wzbogaca. Kiedyś sama tak mówiłam. Dziś myślę, że trzeba dać czas czasowi, aby coś wróciło do równowagi. Związek zbudowany na dobrym fundamencie ostanie się i po okresie stagnacji czy obojętności prędzej czy później wróci na właściwe tory. Po obejrzeniu tego serialu naszła mnie też refleksja dotycząca odpowiedzialności za uczucia innych. Natrafiłam kiedyś na zdanie wypowiedziane przez prymasa Stefana Wyszyńskiego, które mocno zapadły mi w pamięć, bo jest w nich zawarta głęboka prawda, z której nie zdajemy sobie sprawy. Chodzi o to, że człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi.
A cały ten „eksperyment” bohaterów serialu jakby kompletnie ten aspekt pomijał. Miałam wrażenie, że oni zakładali niezmienność swoich uczuć wobec siebie, ale też swoich kochanków. A  życie pisze scenariusze zaskakujące i nie da się niczego założyć i ustalić z góry, bo o ile nad własnymi uczuciami możemy mieć jako tako władzę (choć też iluzorycznie), to nad uczuciami innych kompletnie nie jesteśmy w stanie zapanować. Można więc powiedzieć, że emocje i uczucia, których bohaterowie nie przewidzieli ani u siebie ani u innych, rozwaliły ten „układ” od środka.

Nieczęsto oglądam filmy o związkach, zwłaszcza małżeńskich. Dla mnie to pieśń przeszłości, do której nie wracam ze szczególnym sentymentem. Staram się nie udzielać rad kobietom z mojego otoczenia w sprawach ich relacji z mężami, bo po prostu nie czuję się … kompetentna. Poza tym kieruję się zasadą, że do małżeństwa nie należy się wtrącać, chyba że dostrzegamy przejawy przemocy czy innych patologicznych zachowań. Wiem jedno, również przez pryzmat własnych doświadczeń, że bycie nieszczęśliwym w związku jest wystarczającym powodem do rozstania. Problem w tym, że rzadko zadajemy sobie takie pytanie, albo spychamy je gdzieś głęboko w podświadomość, koncentrując się na kwestiach drugorzędnych. Skoro nie pije, nie bije, pracuje, zapewnia byt rodzinie to jakie znaczenie ma kwestia bycia czy nie bycia szczęśliwą? Co jest tym szczęściem? Każdy odczuwa szczęście inaczej, więc gdzie go szukać, czym ono jest? Po wielu latach w związku, który toczy się siłą rozpędu, chcemy mieć głównie spokój. A szczęście? To coś ulotnego, może kiedyś częściej odczuwane, a dziś lepiej uznać, że szczęście to jedynie brak nieszczęścia. I to też ma sens…

Serce mnie boli, kiedy obserwuję jak młode stażem małżeństwa rozpadają się. Smutno mi, kiedy słucham o zdradzie, obojętności i wzajemnym obwinianiu się. Skoro ona zajęta dzieckiem i wiecznie nie w sosie i z pretensjami, to on „ucieka” z domu i szuka sobie innych rozrywek. Pojawia się jakaś pani, bardziej chętna od zmęczonej i marudnej żony, taka która nie suszy głowy o przysłowiowy zepsuty kran. I zaczyna się romans…. który prędzej czy później wyjdzie na jaw, nie ma siły. Żona w szoku, on się tłumaczy, że to tylko przygoda, że skoro ona była wiecznie niezadowolona i z pretensjami, to przecież naturalne, że do domu go nie ciągnęło. Żona czuje, że jest w tym trochę racji, no tak… urodzenie synka mocno ją przeorało, nie sądziła, że tak ciężko będzie znosić macierzyństwo i choć synka kocha ponad życie, to często czuje się wycieńczona. Dobry mąż nie szuka wtedy odskoczni w pozamałżeńskich układach, tylko wspiera żonę, mocniej angażując się w domowe obowiązki. Tak być powinno, jeśli w związku jest miłość i szacunek, ale bywa niestety tak, jak wcześniej napisałam. Dochodzi do zdrady. Żona albo wybaczy albo nie. Jeśli ma tendencję do samoobwiniania  się i niskie poczucie własnej wartości, to uzna, że może do tej zdrady sama się … przyczyniła. I wybacza… ten raz. Ale jej ciało nie wybacza. Odsuwa się, nie łaknie dotyku jak wcześniej, jest jakby zamrożone. Czuje się pusta i zimna. Małżeństwo przetrwało, ale oboje wyszli z tej sytuacji poturbowani. On z poczuciem winy za zdradę, ona ze złamanym sercem. Czy warto to ciągnąć wyłącznie z powodu dziecka? Ono będzie czuło, że rodzice są obok, ale jakby w innych światach. Nie zaobserwuje ich czułości i pocałunków, ich uśmiechniętych w swoim kierunku twarzy. Dziecko nie rozumie, ale czuje. Próbuje ich zbliżyć, bo chce widzieć ich szczęście, a nie zimny wzrok. Nie jest w stanie, cokolwiek zrobi, oni nadal są jakby rozdzieleni. I taki bagaż emocjonalny dostaje na swoją dorosłą przyszłość.

Nikt nie ma recepty na udany związek czy szczęśliwe życie, czasami trzeba zatoczyć koło, aby wrócić do siebie, znaleźć szczęście w sobie i zbudować dobry związek z samym sobą. Nie raz powtarzam maksymę gdzieś wyczytaną … kiedy wewnętrznie pusta ruszasz szukać miłości, możesz znaleźć tylko pustkę.

* „Wanderlust” (2018): Brytyjski dramat (koprodukcja BBC One i Netflix).

Trudno tak… razem być nam ze sobą…

…bez siebie nie jest lżej

Kiedy patrzę na pary, nie tylko małżeńskie, przypominam sobie słowa tej piosenki. I jedno jest w niej pewne, o czym warto pamiętać, że trzeba o miłość dbać. Cały jej sens sprowadza się jednak do stwierdzenia, że zarówno bycie z kimś jest trudne, jak i bycie samemu łatwe nie jest. Kobiety samotne narzekają, że im smutno i źle, a zamężne uciekają z domu, żeby odetchnąć od mężczyzny swojego życia, chociaż na chwilę. Znam taką, która dorabia głównie dlatego, żeby w pracy … odpocząć od marudnego męża. Panowie na emeryturze bywają dość uciążliwi, o czym mogłam się nie raz przekonać.

Małżeństwa z kilkudziesięcioletnim stażem jakoś funkcjonują, bo to jest jeszcze to pokolenie, kiedy rozwody były sporadyczne i społecznie potępiane. Mają wspólne dzieci, wnuki, rodzinne święta i celebracje, wszystko to mocno łączy i integruje. I kiedy pożycie z mężem przebiegało bez większych wstrząsów (zdrad, rękoczynów czy uzależnień) to na stare lata pozostaje przyjaźń i wzajemny szacunek, co jest wystarczające, aby małżeństwo było w miarę zgodne również w późniejszym wieku.

Znacznie trudniejsze, problematyczne są związki drugie a nawet trzecie, zawarte przez osoby po przejściach. Wydawałoby się, że trudne doświadczenia powinny czegoś nauczyć i kolejna próba powinna być udana. Różnie z tym bywa. Czy te kolejne związki są lepsze czy gorsze od poprzednich? Zależy. Z moich obserwacji wynika, że większość z nich nie może służyć za wzór. Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić i wiele par zapewne trwa siłą rozpędu, bo… wspólne mieszkanie, co dwie emerytury to nie jedna, jest do kogo się odezwać, samotność jest niezdrowa, etc. Wszystko to prawda, każdy wybiera to, co mu pasuje. I koszt tego wyboru też sam ponosi.

Na wyjeździe urlopowym przyjrzałam się kilku parom, które tam spotkałam. Przyszło mi nawet do głowy, że może jednak lepiej byłoby na takie urlopy wyjeżdżać bez męża czy żony. I nie chodzi o to, aby szukać wrażeń pozamałżeńskich, raczej o to, aby od siebie odpocząć. Już słyszę głosy oburzenia, no bo od czego tu odpoczywać, skoro para jest szczęśliwa ze sobą. Upss… zatem przepraszam, wyłączam pary szczęśliwe (we własnym mniemaniu). Problem w tym, że wiele par jest na siebie … skazanych i tak jak w piosence, ze sobą nie mogą wytrzymać, ale bez siebie też im źle. Zatem wszystko robią razem, jak papużki nierozłączki.

– Gdzie byłaś?

– Na kawie z dziewczynami.

– Nie mogłaś zadzwonić? Mógłbym do was dołączyć.

Byłam świadkiem tej rozmowy między małżonkami na wyjeździe. Ula to taka nieformalna kierowniczka naszej nieformalnej grupy. Kobieta żywioł. Znałam ją wcześniej. A jej męża poznałam na wyjeździe. Od początku nie wzbudził mojej sympatii. W pierwszy dzień sporo było spraw do ogarnięcia i szukałam Uli, bo potrzebowałam pomocy. Gdzie jest Ula? Rozglądałam się zadając to pytanie, a szanowny małżonek odparował:  a o co chodzi? Powiedział to takim tonem, że skutecznie zniechęcił mnie do dalszej rozmowy. Potem dotarło do mnie, że małżonek chciałby mieć Ulę do wyłącznej dyspozycji i będzie jej bronił „jak niepodległości” przed natrętnymi koleżankami i kolegami. Po powrocie Ula wpadła do mnie z pewną sprawą, a małżonek czekał na nią w samochodzie przed budynkiem. Siedziała jak na rozżarzonych węglach. Muszę lecieć, bo Roman na mnie czeka.

No cóż, ja bym chyba nie potrafiła tak żyć… pod presją. Nigdzie się ruszyć bez małżonka nie można, wszystko chce wiedzieć, gdzie jesteś, co robisz, z kim rozmawiasz? Czy Uli to nie przeszkadza? Zapewne jest uciążliwe, ale… z tego, co słyszałam, Roman ma również sporo zalet, zatem bilans dla Uli musi być dodatni, skoro nadal z nim jest. Różnica wieku między nimi jest niewielka, może 5 lat, ale małżonek wyraźnie odstaje od Uli pod względem wyglądu i kondycji, ma sporą otyłość, chodzi powoli i ciężko przy tym oddycha, za to papierosy pali i alkoholu też nie unika. Widać, że niezbyt o siebie dba.

Na wyjeździe było jeszcze kilka par.

Z jednym małżeństwem miałam przyjemność jadać posiłki przy wspólnym stole. Sylwię znałam wcześniej, ale nie była to znajomość bliska, a jej męża nigdy wcześniej nie spotkałam. Wyjątkowo zgodna para, wspierająca się, dobrana w 100 procentach… można było odnieść wrażenie, że są do siebie pod wieloma względami podobni, oboje lubili i nie lubili tego samego, nie było to jakieś udawane, po prostu tacy byli. Wielokrotnie spotykałam ich na spacerze, zawsze trzymających się za ręce, co nie jest częstym widokiem zwłaszcza wśród związków osób zdecydowanie drugiej młodości.

Dwa przykłady związków, dla jasności i w jednym i w drugim przypadku nie są to pierwsze związki. Ula wyszła ponownie za mąż jako wdowa, a Sylwia była rozwiedziona. Oba małżeństwa ze stażem ok. 20 lat, wspólnych dzieci nie mają.

Te obserwacje skłoniły mnie do zadania sobie pytania, czy warto wchodzić w drugie związki w wieku mocno dojrzałym? Czy nie lepiej żyć w pojedynkę? Te kolejne związki ludzi po przejściach tworzy się w wieku ok. 40-50 lat, mężczyźni zazwyczaj są starsi no i… szybciej się starzeją. Mniej o siebie dbają, zwłaszcza do lekarza niełatwo ich zaciągnąć, choć zdarzają się też hipochondrycy (dramat). A kobiety zazwyczaj spełniają rolę tych, które ogarniają dom, sprawy zdrowotne swoje i męża, a w rezultacie to one stają się prędzej czy później opiekunkami dla swoich wybranków. Gdyby spojrzeć na aspekt „korzyści ze związku, to jednak panowie wychodzą na tym lepiej, oczywiście pod warunkiem, że wybrali dobrze. Bo bywa i tak, że panowie przeżywający drugą młodość kierują się bardziej namiętnością niż rozumem, a jak wiadomo namiętność szybko przemija, i jak nie ma innych fundamentów to związek się rozpada i często dla pana kończy się dramatycznie.

Mężczyźni bywają też zaborczy i zazdrośni. Małżonek Uli należy do tej kategorii. Ale znam też przypadek, kiedy zazdrość przybrała niebezpieczne formy, z montowaniem kamerek w samochodzie żony włącznie. Na marginesie dodam, że zazdrośnik przekroczył już 80 lat. Może już wcześniej przejawiał jakieś zachowania podszyte zazdrością, ale teraz stało się to … chore. W tym przypadku jest to małżeństwo z kilkudziesięcioletnim stażem, wspólne dzieci, wnuki, etc. Żona 8 lat młodsza, oddana, wierna, lojalna… ale nie ma wpływu na to, co w głowie męża się dzieje. Rodzina zaczyna podejrzewać, że obsesja zazdrości jest jednym z objawów zaburzeń psychicznych (demencja, a nie daj Boże, Alzheimer).

Znam kobiety i mężczyzn, którzy pragną być z kimś, szukają towarzystwa, chcą związku. Kiedy już osiągną ten cel, zaczynają tęsknić za samotnością. Bo bycie we dwoje to kompromisy i ciężka praca. Mój kolega po niemal 20 latach znalazł swoją kolejną „drugą połówkę”, związał się z nią, ale nawet nie wiem, czy jest szczęśliwy, bo z uwagi na zazdrość partnerki, zerwał kontakty z koleżankami, również ze mną, czego oczywiście nie rozumiem. Tylko dzięki Facebookowi wiem, że żyje i chyba nadal z tą samą partnerką. Mój inny znajomy stracił niedawno żonę. Odeszła tak jak zazwyczaj spędzała czas, czyli przy biurku z książką w ręku. Po powrocie z zagranicy zamieszkali na wsi, w pięknej okolicy. Oboje pisali artykuły i książki. Nie mieli dzieci. Mieli wspólne zainteresowania. Dużo rozmawiali. Ale każde większość czasu spędzało przy biurku w swoim pokoju. Kiedy chcieli to byli razem, kiedy mieli ochotę na samotność czy chcieli popracować szli do swoich jaskiń. Jedno drugiego nie ograniczało, ale wzbogacali się wzajemnie. I taki model związku wydaje mi się najlepszy, ale trzeba mieć szczęście i trafić na kogoś takiego, z kim można być zachowując wewnętrzną wolność i autonomię. Kolejny znajomy nie wchodzi w żadne związki, bo jest przekonany, że będzie tak samo „upierdliwym zgryźliwym staruchem” jak jego ojciec i obraz warczących na siebie rodziców dostatecznie zniechęcił go do ewentualnego związku. Nie chce unieszczęśliwić siebie i drugą osobę. Woli być sam. No cóż, taki wybór.

Jeszcze inna para, o której być może kiedyś pisałam, poznała się późno, bo przed 70, a po pięciu latach rozstali się z powodów … materialnych. Ona miała mieszkanie i dom na działce. On miał wysoką emeryturę i „dożywocie” u córki. Żyli sobie zgodnie, wyjeżdżali na działkę, gdzie zawsze było coś do roboty. Pan ogarniał ogród, pani gotowała i nic nie mąciło ich spokoju, do czasu… Gdy listonosz przyniósł rachunek za prąd i dał panu, a tam było nazwisko syna małżonki, mieszkającego od lat za granicą. Pan nie zdawał sobie sprawy z faktu, że działka nie jest już własnością małżonki. Być może liczył na spadek, gdyby ona odeszła przed nim? Być może uznał, że skoro działka nie należy do niej, to po co ma na niej pracować, pielęgnować rośliny, pomagać w utrzymaniu domu w porządnym stanie? Cokolwiek pan pomyślał, dał pani do zrozumienia, że taka sytuacja mu nie odpowiada. A pani spakowała jego manele i wystawiła walizkę przed drzwi. Pan wrócił do córki, a pani… zdaje się, że po kilku latach trafiła do domu opieki, bo nie była już w stanie sama funkcjonować. W każdym razie ten związek rozpadł się definitywnie. Cała ta historia jest smutna, ale też dużo mówi o ludziach, którzy z błahych (jak dla mnie) powodów decydują się na rozstanie. Przywiązanie do pieniędzy, rzeczy, majątku, stan posiadania okazują się ważniejsze niż miłość, przyjaźń, szacunek, wzajemne wspieranie się. Jeśli ludzie chcą się związać „na stare lata”, bo to im się z jakichś względów kalkuluje, to zazwyczaj nie najlepiej się kończy. Jeśli ludzie chcą być z kimś po to, by wspólnie wzbogacać swoje życie, dzielić się radościami i smutkami, mieć się komu wygadać, ale też umieć słuchać… to wspólne przeżyte lata mogą okazać się szczęśliwe. Nawet przeciwności losu łatwiej pokonać we dwoje…

Czy pani jest sama, czyli pocztówka z wakacji…

Bycie niepełnym emerytem ma tę zaletę, że można wziąć urlop, pojechać na wczasy czy mieć wakacje, jak zwał tak zwał. Pełny emeryt wakacje ma cały czas 😉 Ważne, że jest to czas odpoczynku od codziennej rutyny, czas wyłącznie dla siebie, w oderwaniu od ludzi, których na co dzień oglądamy i ścieżek, którymi zazwyczaj podążamy. Inne twarze, inne widoki i inne rozmowy. No i podstawowa kwestia to inne powietrze, którym możemy pooddychać.

Stabilizacja i rutyna ma swoje zalety, ale od czasu do czasu trzeba wyjść ze strefy komfortu, co w tym roku uczyniłam.

Choć należę do osób, które lubią wracać tam, gdzie były już, tym razem pojechałam w nieznane, z nieznanymi (w większości) ludźmi, unikanym dotychczas środkiem transportu (autokar) i na tak długi czas, abym zdążyła się znudzić. Moje oczekiwania nie zostały spełnione, spodziewałam się rozczarowania, a zostałam pozytywnie zaskoczona.

W grupie raźniej. Spotkania przy posiłkach to zawsze okazja do rozmów na tematy różne, nie tylko o pogodzie. Wspólne wycieczki bliższe i dalsze czy udział w gimnastyce, zabiegach, tańcach i swawolach, o grupowym plażowaniu nie wspomnę. Chcesz być bliżej ludzi to jesteś, jak masz ochotę na samotność to proszę bardzo.

Grupa składała się z emerytów, głównie ode mnie starszych, co na wejściu dawało mi przewagę, jak się okazało pozorną, ale także motywowało do aktywności. Bo patrząc na jedną czy drugą emerytkę z mega pozytywnym nastawieniem i uśmiechem na ustach, nie można było marudzić i pozostawać w tyle.

Plażowanie nie jest moim ulubionym zajęciem, więc spacerowałam wzdłuż brzegu po kilka kilometrów dziennie, masując przy okazji stopy w piasku i żwirze oraz morskiej wodzie. Kiedy byłam zmęczona siadałam na piasku na chwilę, albo zbierałam kamienie, do swojej plażującej grupy dołączałam od czasu do czasu, ale tak naprawdę lubię samotne spacery.

Któregoś dnia siedziałam w oddaleniu od skupisk plażowiczów, obserwując fale i wdychając morskie powietrze, a ludzie mijali mnie…  w pewnej chwili zbliżył się do mnie jakiś pan, na oko w średnim wieku, i zapytał:

– Czy pani jest sama?

– Chwilowo – odpowiedziałam.

– Bo ja szukam kogoś wolnego – stwierdził i poszedł dalej nie dając mi szansy na jakiś ciąg dalszy. No cóż, widocznie ciąg dalszy nie był nam pisany 😉

Kiedy wróciłam do swojego towarzystwa i opowiedziałam o tej sytuacji, rozgorzała dyskusja, jak skutecznie „podrywać na plaży”. Z jednej strony dobrze od razu wiedzieć, czy ktoś jest wolny, ale… można byłoby zacząć od jakiegoś innego pytania, typu …. O widzę, że lubi pani zbierać kamienie, jakie ładne, może pani wie, gdzie jest najbliższa kawiarnia, kwiaciarnia, zjeżdżalnia, etc? 😉

Sama mijając jakąś panią zbierającą kamyki, nawiązałam z nią rozmowę, dzięki czemu dowiedziałam się, że pani kamyki wkłada w doniczki i po powrocie z urlopu zrobiłam w domu to samo.

Wakacje minęły, nowe znajomości pozostały,  umawiamy się już na rok następny. Czy w to samo miejsce? Zobaczymy.

Mojej walki z cholesterolem ciąg dalszy

Na medycynie, podobnie jak na polityce, znają się wszyscy. Nie wszyscy mają z nią częsty kontakt, oczywiście do czasu. Przychodzi moment, że już nie można dłużej bagatelizować objawów, kiedy domowe sposoby przestają działać, kiedy już nie da się normalnie funkcjonować, a „doktor google” podpowiada scenariusze najgorsze z możliwych. Szukamy więc lekarza, najlepiej za darmo, a kiedy ten nie pomaga, to idziemy do prywatnej przychodni, przekonani, że skoro zapłacimy to wymagać można więcej. Lekarze bez względu na to czy opłaceni czy za darmo, zlecają kompleks badań, bo przecież na podstawie samego wywiadu diagnozy nie postawią. Każdy nie raz taką drogę przeszedł i swoje doświadczenia ma.

Pamiętam, że na mojej trudnej drodze diagnozowania niedoczynności tarczycy sporo najadłam się strachu, nie przypuszczając, że kilka objawów, w tym wysoki cholesterol może mieć coś wspólnego z pracą tarczycy, a tak w ogóle to – aż wstyd się przyznać – nie wiedziałam, gdzie się znajduje i do czego ta tarczyca służy 😉 Droga od lekarza POZ do endokrynologa była długa, a i tak ten ostatni na szczęście w miarę szybko, dzięki dodatkowemu ubezpieczeniu z firmy.

Dzisiejsza medycyna koncentruje się na objawach, które próbuje złagodzić lekami, często nie dociekając przyczyn. Na przykładzie wspomnianego już cholesterolu, działa automatyzm i większość lekarzy przepisuje statyny nie próbując sprawdzić, skąd taki a nie inny wynik. Liczą się normy. Efekt jest taki, że osoby z podwyższonym cholesterolem łykają tabletki, często do końca życia i tak naprawdę nie wiedzą, jaki ten cholesterol u nich jest. Kiedy pytam ludzi ze swojego otoczenia w zbliżonym wieku, jakie mają wyniki lipidogramu odpowiadają, że w normie. Owszem, ale okazuje się, że jest to norma po statynach, więc tak naprawdę to ich wiedza jest żadna. Wiele z takich osób  nie zwraca uwagi na to, co i jak jedzą, bo przecież pigułka swoje zadanie wykona i nie ma potrzeby modyfikować diety.

Mój problem z cholesterolem polega na tym, że on nie chce się obniżyć do tzw. normy, a ja nie chcę obniżać go „sztucznie”. Nie chcę działać według zasady „stłucz pan termometr to nie będziesz miał gorączki”. Chcę trzymać go w ryzach, jednocześnie staram się nie demonizować, bo przecież pełni on w naszym organizmie wiele ważnych funkcji.

W mojej osobistej batalii z cholesterolem (po unormowaniu poziomu hormonów tarczycy), przeszłam wiele i bywało różnie, ale z uporem maniaka nie chcę brać statyn. Nie chodzi mi nawet o ich skutki uboczne, których jest wiele, chodzi o to, że nie chcę za 10 czy 20 lat rozpoczynać dnia od łykania serii pigułek, kapsułek i tabletek. Nie chcę otwierać szuflady pełnej buteleczek, fiolek i blistrów. Nie chcę wychodzić z apteki z pełną reklamówką medykamentów. Nie chcę faszerować się czymś, co na jedno pomaga, na drugie szkodzi. Nie chcę być zakładnikiem przemysłu farmaceutycznego. Taki scenariusz na końcówkę życia mi nie pasuje, tym bardziej, że z doświadczeń rodzinnych wiem, jak to wygląda.

Zdaję sobie sprawę z faktu, że wraz z wiekiem dolegliwości i problemów zdrowotnych przybywa a nie ubywa. Być może będę zmuszona „coś” łykać, tak jak teraz łykam euthyrox. Jest to jednak sytuacja wyjątkowa, bo moja mała i wciąż zmniejszająca się tarczyca więcej hormonów nie wyprodukuje, więc suplementacja jest konieczna, nawet dla takiego uparciucha jak ja 😉

Temat cholesterolu, o którym już na tym blogu kiedyś pisałam, zgłębiłam po to, aby zrozumieć, czy statyny to jedyna alternatywa. Oczywiście wykonałam kilka dodatkowych badań, większość nierefundowanych, mogących świadczyć o większym lub mniejszym ryzyku sercowo-naczyniowym (np. lipoproteina a). Pomimo niekończących się prób wciskania mi statyn, zaczęłam eksperymentować z różnymi sposobami odżywiania się. Na początku najbardziej optymalna wydała mi się dieta niskowęglowodanowa. Cukier i mąka poszły w odstawkę, ale w to miejsce pojawiło się więcej białka i tłuszczu. Taki sposób odżywiania się bardzo mi odpowiadał, waga zleciała, choć wcale mi na tym nie zależało, najważniejsze, że dobrze się czułam i nie byłam głodna. Najbardziej ciekawiło mnie jak zachowa się cholesterol, a w zasadzie jak będzie wyglądał cały lipidogram, w tym HDL i trójglicerydy, których stosunek jest  niezmiernie ważny. Okazało się, że na diecie niskowęglowodanowej, cholesterol nie tylko nie spadł, ale wzrósł. Poczytałam o podobnych doświadczeniach innych osób stosujących taki sposób odżywiania się, zdrowych, wysportowanych. Chociaż czułam się bez węglowodanów dobrze, to uznałam, że ten kierunek nie jest dla mnie właściwy. Podjęłam próbę modyfikacji odżywiania w kierunku diety śródziemnomorskiej. Mniej tłuszczów nasyconych więcej zdrowej oliwy i tłuszczy nierafinowanych, więcej warzyw, no i mniej jajek. Żeby było śmieszniej, jajka same wyskoczyły z mojego jadłospisu, bo dostałam na nie …. alergii. I przyczyn takiego stanu rzeczy nie mogę dociec i nikt nie potrafi mi tego wyjaśnić. Pozostaje mi wierzyć, że alergia jak niespodziewanie przyszła, tak równie niespodziewanie zniknie, bo jajka lubię.

Co do diety śródziemnomorskiej, to jej zasady są dla mnie akceptowalne i dobrze się po niej czuję, chociaż nie stosuję się ściśle do zaleceń, bo nie muszę. Przy okazji zachodzę w głowę, czemu w naszym nadbałtyckim kraju mam wcinać „śródziemnomorskie” jedzenie, czemu mam używać oliwy z oliwek, skoro na polskiej wsi oliwek nie widziałam. Jest w tym pewien paradoks. Dlatego stosuje swoje własne „wariacje” diety śródziemnomorskiej i wybieram z niej to, co mi pasuje i smakuje. Lubię oleje nierafinowane nasze rodzime, więc kupuje sobie je do sałatek, chociaż oliwą z oliwek też nie pogardzę. Wszystko w rozsądnych granicach. W efekcie mój kolejny wynik cholesterolu, choć nadal przewyższający normę, znacznie się poprawił, co utwierdza mnie w przekonaniu o słuszności wybranego kierunku i jednocześnie świadczy o wpływie diety na ten wynik, który u mnie okazał się ponad 20 procentowy, a czytałam, że może być ok. 15 proc.

Faktem jest, że w kwestii odżywiania i zaleceń z nim związanych panuje chaos. Oficjalne wytyczne mówią co innego, a praktyka wygląda różnie. Część dietetyków skłania się ku dietom restrykcyjnym, jak np. keto. Okazuje się, że dotychczas obowiązująca piramida żywieniowa jest już dość powszechnie kwestionowana, a ekipa Trumpa ją … odwróciła 😉 Niektórzy nakazują jeść mięso na potęgę, inni zalecają ostrożność. W internecie mamy wysyp specjalistów od diet, jedni z tytułami naukowymi, inni bez. Wielu walczy z tzw. mainstreamem. Jedni mają badania na poparcie swoich tez, ich przeciwnicy też mają. Sama błądziłam w tym internetowym gąszczu dłuższy czas, próbując wyłuskać coś dla siebie, bo chodzi nie tylko o to, że coś wydaje nam się słuszne, ale powinniśmy mieć pewność, że to będzie dla nas dobre. Kontrowersyjna dieta KETO może być dobra dla konkretnej grupy ludzi, z pewnymi obciążeniami, przez jakiś określony czas, ale nie wyobrażam sobie stosowania jej na co dzień przez przeciętnego Kowalskiego, ale co ja tam wiem.

Niech każdy je to, co mu smakuje 😊

Bycie miłą bywa kosztowne…

Niedawno ktoś poprosił mnie udostępnienie pewnej informacji na Facebooku, a ja ze względów sobie wiadomych, nie zrobiłam tego. Spotkaliśmy się po miesiącu lub dwóch, a ja poczułam się w obowiązku wytłumaczenia się z tego  … faux pas. Reakcją było zdziwienie, o co mi chodzi, bo sprawa poszła w zapomnienie. A mnie naszła refleksja – skąd u mnie tak silna potrzeba tłumaczenia się? Czy chodzi o to, aby ktoś nie pomyślał, że jestem … nieżyczliwa, niemiła? A czy muszę być dobrze oceniana przez wszystkich, co przecież i tak nie jest możliwe? Nie muszę zadowalać innych, mam prawo postępować według własnych reguł. Fakt, że próbowałam się z tego tłumaczyć świadczy o głęboko zakorzenionych schematach postępowania i przekonaniu, że trzeba być miłym dla wszystkich i bez względu na okoliczności.

Cała ta sytuacja, z pozoru błaha, skłoniła mnie do zmierzenia się na poważnie z tematem zadowalania innych. Przypomniały mi się inne moje zachowania, świadczące o byciu miłą … za bardzo. Kiedyś czytałam o tym mechanizmie na stronie selfmastery.pl, ale widocznie nic z tego nie zaimplementowałam na własny użytek, bo nadal wpadam w stare koleiny. Dlatego sięgnęłam raz jeszcze do tego tekstu i zaczęłam się zastanawiać, czy można się z tej przypadłości wyleczyć?

Kiedy dostrzegam, że ktoś ma problem np. z poruszaniem się, zanim jeszcze ta osoba wykona jakikolwiek gest, że potrzebuje pomocy, to ja już jestem w dołkach startowych gotowa do pomocy. Po co? Może trzeba poczekać, aż ta osoba sama o pomoc poprosi. Podobne odruchy mamy w stosunku do osób bliskich, którym chcemy … dogodzić, nie pytając, czy mają na to ochotę. Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane – to znane powiedzenie potwierdziło się wielokrotnie w moim życiu i życiu innych ludzi z mojego otoczenia.

Liczne mam grono znajomych obdarzonych wnukami, którym babcie i dziadkowie uchyliliby przysłowiowego nieba. To zjawisko całkiem naturalne. Zauważam jednak w ich zachowaniach tendencję do … przesady. Dla przykładu – babcia odbiera wnuka z przedszkola, a ponieważ mają spory odcinek do pokonania, a wnuk wielokrotnie marudził, że bolą go nogi, to postanowiła zabierać ze sobą rowerek dla malucha. Sama oczywiście zasuwa na piechotę taszcząc ten rowerek, bo chce dogodzić wnukowi. Problem w tym, że mały bywa niegrzeczny i zdarza mu się babci nie słuchać, a nawet przed nią uciekać. No i zdarzyło się, że jak wsiadł na rowerek to wystartował w takim zawrotnym tempie, że babcia była bez szans, aby za nim nadążyć, nawet biegnąc nie dała rady go dogonić. A ścieżka blisko ruchliwej ulicy, rowerzyści i amatorzy hulajnóg jeżdżą jak chcą, niewiele brakowało, aby malucha ktoś potrącił. Babcia strachu najadła się co niemiara. Była awantura, płacz i decyzja, aby rowerka już nie zabierać, w efekcie mały jest obrażony i nie chce już z babcią wracać, co oczywiście stanowi problem… dla wszystkich.

Inna babcia ma wnuki za oceanem, więc jak przyjeżdżają do Polski, a robią to każdego roku na minimum miesiąc, to staje na rzęsach, aby im dogodzić. Po takim miesiącu jej waga spada drastycznie, podupada na zdrowiu i wygląda na znacznie starszą niż jest w rzeczywistości. Pytam, czemu tak bardzo się stara, dlaczego aż tyle z siebie daje, skoro odbywa się to tak dużym kosztem? Odpowiedź jest jak zawsze taka sama. No przecież to najukochańsze wnuki, tak rzadko widywane, a nie wiadomo, czy najbliższe spotkanie nie jest już ostatnim… etc. Rozumiem ją, ale zastanawiam się, czy nie popada w tym dawaniu w przesadę. Może wnuków (już całkiem dużych) nie trzeba obsługiwać, nadskakiwać, wymyślać atrakcje… Niech same decydują, co chcą robić i niech będą maksymalnie samodzielne, poza tym przyjadą z ojcem, więc to on może im dogadzać. Kiedy rzucam takim argumentem, słyszę, że ukochany synek ma prawo do odpoczynku, bo cały rok ciężko pracuje, więc babcia musi wziąć na siebie cały ciężar ich pobytu, nawet ostatkiem sił.

Dlaczego to wszystko robimy? Skąd w nas ta silna potrzeba zadowalania innych ludzi? Magda z selfmastery.pl widzi dwie przyczyny, jedna to fakt, że zależy nam na miłości i akceptacji innych ludzi, co może wynikać z warunkowej miłości jaką dostaliśmy w dzieciństwie od rodziców. Druga kwestia to przekonanie, że dobra opinia innych ludzi na nasz temat umożliwia nam utrzymanie dobrej opinii o nas samych. Chcemy uchodzić za ludzi miłych, dobrych, kochających… problem w tym, że inni mogą nas postrzegać całkiem odmiennie, pomimo naszych starań. Nie mamy na to wpływu, a starając się coraz bardziej, przyzwyczajamy otoczenie, że jesteśmy dostępne na każde skinienie. Kiedy próbujesz pomóc, nieproszona, może okazać się, że nie tylko nie zyskasz akceptacji, ale możesz ją nawet stracić.

Znajoma samotna emerytka ma syna w wieku średnim , do którego jeździ sprzątać mieszkanie, myć okna, a nawet wspomaga go finansowo, dorabiając do skromnej emerytury. Kiedyś załatwiła mu pracę, ale długo tam miejsca nie zagrzał. Do niedawna miał żonę, ale luzacki styl życia, jaki prowadził małżonce nie pasował, więc odeszła z ich synkiem. A znajoma wciąż przy nim trwa, niańczy, tłumaczy, próbuje go naprostować. Bezskutecznie. Efekt jej dobroci jest taki, że syn jest w stosunku do niej arogancki, nie ma w nim krzty wdzięczności, jest za to gniew, złość …Im bardziej ona się stara, tym bardziej on jest w stosunku do niej oschły.

Jakie są skutki zadowalania innych i bycia przesadnie miłym? Stajemy się sztuczni, uśmiechamy się choć wcale nie mamy na to ochoty, robimy to często wbrew sobie. Kiedy jesteśmy mili, chociaż w środku nas trzęsie, to magazynujemy w sobie pokłady niewyrażonego gniewu, który nie zniknie tak sobie, a przekształci się w różne dolegliwości. Bywa że niesłychanie spokojny człowiek wybucha niekontrolowaną złością, a nawet jest zdolny do przemocy fizycznej, kiedy tłumione emocje wybuchają. Tracimy mnóstwo energii żeby spełniać oczekiwania innych zapominając o swoich potrzebach, uczuciach,  nie dostrzegamy sygnałów ciała, świadczących, że coś jest nie tak. Tracimy energię na bycie w ciągłej gotowości, na obserwowaniu, czy nasz wysiłek przynosi efekty, życiu w strachu przed odrzuceniem. Zgadzamy się na wiele rzeczy, bo nie chcemy nikogo zawieść i czujemy się odpowiedzialni za uczucia innych ludzi, za które w rzeczywistości nie odpowiadamy.

Jak uwolnić się z takiego schematu postępowania? Jest to bardzo trudne. I często dopiero po czasie dostrzegamy, że znów zareagowaliśmy tak jak zawsze.

Kolejny przykład z mojej łączki. Mam do zrobienia coś pilnego w pracy. Potrzebuję koncentracji. Dzwoni telefon prywatny. Koleżanka. Mogłabym nie odebrać i odzwonić po zakończeniu zadania służbowego (ok. pół godziny), ale nie… Taka grzeczna dziewczynka i telefonu nie odbiera? 😉

A wystarczyłoby kilka sekund, a więc czas, aby pomyśleć racjonalnie i dokonać wyboru: odebrać czy nie, zważywszy na okoliczności? Oczywiście poszłam za pierwszym impulsem. Odebrałam tłumacząc, że jestem zajęta i oddzwonię. No i usłyszałam, jaka to jestem niedobra, bo ciągle zajęta pracą. W tym samym czasie miałam drugi telefon, tym razem służbowy, którego też nie musiałam odbierać, ale to zrobiłam … przeprosiłam, że nie mogę w tej chwili pomóc, ale za 15 minut oddzwonię. Pan nie dawał za wygraną i próbował wyłuszczyć swój problem, a robił to w sposób bardzo … rozwlekły. I znów za moje bycie miłą, zapłaciłam ja, stresem i niezadowoleniem… głównie z samej siebie. A wystarczyłoby nie odbierać…

Żeby uwolnić się od takich schematycznych zachowań, trzeba ćwiczyć i dać sobie chwilę na wybór. No i uczyć się od innych. Wielokrotnie zdarza mi się dzwonić do kogoś bezskutecznie. Bywa, że ktoś nie oddzwania, a potem tłumaczy się, że zapomniał, a najczęściej w ogóle się nie tłumaczy. Oczywiście innym wybaczamy, ale nie sobie. Żeby wytworzyć w sobie możliwość alternatywnego zachowania trzeba postępować wbrew pierwszemu impulsowi, a to bardzo trudne i obawiam się, że w moim przypadku niewykonalne. Magda z selfmastery.pl uważa, że lekarstwem na zadowalanie innych może być robienie tego, co uważamy teraz za niemiłe i złe. Dobrze jest zacząć od drobnych rzeczy. To może być np. powolne tankowanie na stacji benzynowej albo równie powolne zamawianie jedzenia w restauracji.

Bycie przesadnie miłym nie przynosi nam tego, na co liczymy i czego oczekujemy. Za to bycie życzliwym, to nasz świadomy wybór i nasza decyzja. Nasze potrzeby są ważne i pomaganie innym nie może odbywać się ich kosztem.

Czy więzi są niezbędne do życia?

Posiadanie słabych albo żadnych więzi jest groźniejsze dla zdrowia niż otyłość, brak aktywności fizycznej czy zanieczyszczenie powietrza i porównywalne z wypalaniem 15 papierosów dziennie.

Ten cytat z Wysokich obcasów wciąż mi się wyświetla na Facebooku i za każdym razem zatrzymuję się przy nim (pewnie dlatego się wyświetla), bo uważam to stwierdzenie za dalece kontrowersyjne. Ktoś opatrzył je nawet dowcipnym komentarzem brzmiącym mniej więcej tak: po 40 latach budowania więzi nabawiłam się nerwicy, depresji, bezsenności i jestem wrakiem człowieka. Dziękuję.

Jak to jest z tymi więziami? Czy zdrowiej jest je utrzymywać i o nie dbać, czy niekoniecznie. Jeśli brak więzi jest równoznaczny z wypalaniem 15 papierosów, to może jednak wrócić do nałogu? 😉

W każdym razie na użytek tych rozważań nie będę uwzględniać więzów rodzinnych, więzów krwi, choć zapewne są ważne, a może najważniejsze, bo mają one swoją specyfikę wynikającą z faktu, że rodziny zmienić nie można. Jedni mają liczną rodzinę i udaje im się te więzi utrzymać i zachować, bo po prostu mają duży …wybór, jak z jedną siostrą czy bratem nie możesz się dogadać to jest jeszcze pozostałe rodzeństwo, z którym stosunki mogą być całkiem przyjazne. W każdym razie więzi rodzinne to inna kategoria. Jak masz szczęście mieć rodzinę w miarę poukładaną to tylko pogratulować, jak nie masz, to będziesz leczyć nerwice, traumy i inne problemy do końca życia.

Kiedy tej licznej rodziny się nie ma to człowiek rozgląda się na boki, bo łaknie kontaktu z drugim człowiekiem, co jest oczywiste. Znajomi, koleżanki i koledzy, a także przyjaciele, których najbardziej się ceni, ale takiego to trzeba ze świecą szukać. Znajomych to się ma całe mnóstwo, zwłaszcza na Facebooku, tylko że taki znajomy „ręki Ci nie poda”. Może daje iluzoryczne poczucie bycia „wśród ludzi”, ale gdy zgaśnie okienko smartfona wracasz do realiów i miejsca, gdzie nie ma do kogo gęby otworzyć, a nawet jak ktoś taki jest, to się nie ma ochoty jej otwierać.

Wracając do prawdziwych, realnych więzi z ludźmi, to faktem jest, że w późniejszym wieku niełatwo zachować relacje i o nie dbać. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że ludzie się zmieniają. My również. Kiedyś było wiele wspólnych przestrzeni do spotkań i bliskości, np. studia czy praca, i choć znajomość przetrwała, to zaczyna się rwać. Każdy jest już w innym miejscu życia. Spotykanie się staje się utrudnione, bo … odległość, problemy zdrowotne, a może zwyczajne „nie chce się”. Kiedyś to były imprezy…. chciałoby się powiedzieć… tańce, hulanki, swawole… a teraz? Spotkałam się niedawno z koleżanką … na spacerze (nie imprezie), zajrzałyśmy do jakiejś kawiarenki w parku, no i starym dobrym zwyczajem zamówiłyśmy piwo (teraz już małe 0,33 l). Piękna pogoda, śpiew ptaków, szum drzew, błękitne niebo, fajne wspomnienia, dużo śmiechu…. Godzinka minęła przy tym 0,33 piwka i czas się podnosić, a tu… lekki zawrót głowy. Ojejku, po małej szklaneczce? Ale skoro się pije jakieś procenty raz do roku, to trudno się dziwić, organizm się odzwyczaja.

Z kolei kolega zafiksował się na wnukach, które pochłaniają całą jego energię, a w zasadzie jej resztki, bo sam już ledwo chodzi. Kiedyś jeszcze wymienialiśmy maile, ale od czasu, kiedy zaczął pisać wyłącznie o wnukach, mnie odechciało się tej monotematycznej korespondencji i nie mamy kontaktu od dwóch lat. Bez żalu. Oboje jesteśmy na innych etapach życia. Po prostu. Czasami odezwie się ktoś znajomy z przeszłości. Może przeglądał stare fotografie, a może po prostu jakiś impuls spowodował … nagłe olśnienie. Ciekawe, co u tej Olki, Basi, Kasi słychać? Jak dziś wygląda Paweł, Krzysiek czy Marek? Pamiętajmy, że ludzi zmieniają się też fizycznie i ten przystojniak, który siedział z nami biuro w biurko w dziale sprzedaży, jest dziś stetryczałym siwym dziadkiem, a my też już nie takie laski, więc … spotkania po latach, zwłaszcza te z podtekstem, trzeba raczej wykluczyć, dla dobra obu stron 😉

Innym powodem trudności z utrzymaniem więzi,  jest kwestia umówienia się na spotkanie i problem – jak się zgrać czasowo. Chociaż wydawałoby się, że ludzie w wieku emerytalnym powinni mieć dużo czasu (siebie z tej kategorii jako jeszcze pracującą wykluczam), ale to tylko pozory. Na przykładzie mojej koleżanki pełnoetatowej emerytki stwierdzam, że umówienie się z nią graniczy z cudem. Nawet przez telefon za długo nie pogada, bo … basen, joga, dentysta, rehabilitacja, masaż, lekarz, fryzjer, wycieczka, działka, spotkanie z kimś… po prostu babka cały czas jest w biegu, nie ma przestojów. Na szczęście seriali nie ogląda, bo to wśród seniorów prawdziwa plaga.

Trudno utrzymać więzi, skoro nawet ciężko utrzymać … kontakt. Dzwoni koleżanka i pyta: czemu się nie odzywasz? Jak to się nie odzywam, to ja ostatnio dzwoniłam – odpowiadasz. Przecież telefony działają w dwie strony. Taki przebieg rozmowy świadczy raczej o słabej więzi, bo nie można rozmowy z kimś sprowadzać do kategorii obowiązku. Nikt nie musi nas namawiać do rozmowy z kimś dowcipnym, otwartym, ciekawym, z kimś inspirującym, kto potrafi mówić, ale i słuchać z uwagą. No i sporo wspomnień was łączy. Nowe znajomości też mogą być cenne i inspirujące, skoro czujemy potrzebę rozszerzania kręgu znajomych. Koleżanka dobra na wyjście do kina czy teatru nie sprawdzi się w roli powierniczki. Do tego celu możemy mieć inną osobę. Najlepiej zrobić sobie kategorie znajomości, z których każda będzie miała swoje zalety. Kiedy potrzebujesz trzeźwej oceny sytuacji i racjonalnego podejścia możesz zadzwonić do Zosi, która wali prosto z mostu, co myśli i potrafi Tobą potrząsnąć. Jak masz ochotę pogadać o ciuchach czy plotkach to spotkasz się z Martą, bo ona nadaje się wyłącznie do luźnych tematów. Czy to jest instrumentalne traktowanie ludzi? Niekoniecznie. Oni mają prawo traktować nas podobnie. Bierzemy od innych to, co oni mają, a my potrzebujemy. Z kolei oni też mogą od nas czerpać garściami to, co im pasuje, a co my jesteśmy w stanie im dać. Oczywiście wszystko we wzajemnym szacunku i życzliwości. Traktowanie znajomości, relacji, więzi w kategoriach czarno-białych (albo mi odpowiadasz w 100% albo żegnaj) nie ma sensu, bo do każdego można się o coś przyczepić, do nas też. Ideałów nie ma. Posiadając wiele różnorodnych relacji z całym spektrum ludzkich charakterów mamy wybór i zawsze możemy powiedzieć bye, jeśli ktoś przekroczy granice, które sobie dla tej znajomości określiliśmy.

W jednym z moich ulubionych seriali „Seks w wielkim mieście” mamy przykład autentycznej przyjaźni czterech singielek, i choć fabuła koncentruje się na ich relacjach z facetami, to w tle jest zawsze wzajemna troska, zaufanie, wrażliwość, empatia. I choć to obraz wyidealizowany, to przyjemnie sobie takie relacje wyobrazić a może powspominać, jeśli miało się taką paczkę kumpelek, bo jak łatwo się domyślić ząb czasu (i nie tylko) naruszył więzi między bohaterkami.

kadr z filmu „Seks w wielkim mieście”, fot. Janet Mayer/PR Photos

W wieku dojrzałym więzi coraz mniej, albo się rwą albo ludzie odchodzą do lepszego świata albo po prostu dojrzewamy do stwierdzenia, że niektóre relacje nam nie służą. Kiedy po rozmowie czy spotkaniu z kimś czujesz się wyssana z energii, to nie ma znaczenia, że znacie się lat 20 lub kiedyś bardzo Ci pomogła, po prostu Twoje ciało mówi „nie” i trzeba taką znajomość ograniczyć lub zakończyć. Może kiedyś nie przywiązywaliśmy wagi do pewnych cech charakteru u innych, ale z czasem zaczynają nam uwierać. Bywa, że ktoś ma w sobie wiele agresji i potrafi wystrzelić gniewem z byle powodu, a nam konfrontacyjny język nie pasuje. Bywa, że ktoś jest wiecznie nieszczęśliwy i dołujący, a nie chcemy być … ściągani w doły innych, bo sami mamy ich pod dostatkiem. Bywają też relacje niesymetryczne, kiedy stajemy się „workiem”, do którego ktoś wrzuca swoje problemy. Słuchamy, doradzamy, troszczymy się, ale sami jakbyśmy nie istnieli, nie jesteśmy zauważani. Może mamy to w swojej naturze, że nie potrafimy lub nie chcemy obarczać innych swoimi problemami? A może sami siebie uważamy za „niewidzialnych”, a w nasze DNA wpisane jest bycie dla innych, zadowalanie innych, często swoim kosztem. Ale to już temat na inną okazję 😉