Poświątecznie o … cholesterolu

Dobrze zrobiłam dając sobie upuścić krwi przed Świętami i Sylwestrem. Podejrzewam, że wynik cholesterolu nie byłby taki, jaki sobie zaplanowałam osiągnąć…

Nie jestem chyba wyjątkiem pozwalając sobie na świąteczne grzeszki kulinarne. Wszystkiego jest więcej, bo wszystkiego chce się spróbować. Odmieniło mi się z wiekiem jedynie to, że jak już coś spróbuję i się zadowolę, to powtórki nie wchodzą w grę. Tak było z pierogami, tak było z makowcem i dorszem. Tego ostatniego nie musiałam sobie szczególnie żałować, ale biorąc pod uwagę grubą panierkę, jaką moja Rodzicielka stosuje, zrezygnowałam z dokładki.

Właściwie to nie o świątecznym obżarstwie (kto jest bez winy, niech…) chcę napisać, ale o tytułowym cholesterolu, z którym podjęłam walkę przed 2 miesiącami.

Kiedy z ostatnim moim wynikiem morfologii poszłam do pani doktor nie miała wątpliwości, że muszę zacząć brać lek na obniżenie cholesterolu. Niestety. Sądziłam, że wraz z uzupełnianiem hormonu tarczycy, sytuacja z cholesterolem sama się jakoś unormuje. Okazało się, że początkowe wyniki w normie, były efektem zażywania leku obniżającego jego poziom. Lek odstawiłam, za zgodą pani endokrynolog (choć inna pani doktor twierdzi, że nie wolno odstawiać i trzeba brać do końca życia). Chciałam poznać mój „prawdziwy” cholesterol. Naczytałam się o efektach ubocznych stosowania pigułek i jako osoba już obarczona obowiązkiem zażywania leku na tarczycę (endo twierdzi, że do końca życia i chyba tak będzie) nie miałam ochoty na kolejne.

Powiedziałam internistce, że dam sobie 2 miesiące na zbijanie cholesterolu metodami naturalnymi, czyli dietą. Jeśli eksperyment się nie uda, zacznę brać leki. Kręciła nosem, wypisała receptę, jakbym zmieniła zdanie wcześniej. Ale ja uparłam się. Rozumiem, że moja tarczyca nie produkuje wystarczającej ilości hormonów tarczycy i muszę je suplementować, ale nie mogę zrozumieć, że mam brać (podobno też do końca życia) lek obniżający poziom cholesterolu, skoro mogłabym bez wielkiego bólu zrezygnować z produktów, które mają na jego wysokość wpływ negatywny, a konsumować produkty, które mają wpływ pozytywny. Zaczęłam od zdobycia wiedzy, przekopałam Internet w jedną i drugą stronę. Wynik był zadowalający, znalazłam kilka potwierdzeń tego, że można metodami naturalnymi obniżyć, ale znalazłam też opinie, że nie da się i trzeba się nauczyć z tym problemem żyć, albo zacząć … leczenie. No właśnie, słowo leczenie kompletnie tu nie pasuje, bo o ile dieta jest jakąś formą leczenia, a może profilaktyki, o tyle sztuczne obniżanie jego poziomu takim leczeniem dla mnie osobiście nie jest. Przeczytałam, że wielkość cholesterolu tylko w ok. 20 procentach zależy od diety, ale mnie te 20 procent w pełni zadowalało, więc przystąpiłam do realizacji swoich planów z nadzieją, choć jakaś ogromna to ona nie była.

Wyeliminowałam kilka produktów ewidentnie cholestorologennych, u mnie było to masło, jajka (żółtka), ser żółty i … miód. Co do tego ostatniego to byłam bardzo zaskoczona i nie było mi łatwo. Całe życie człowiek słyszy o dobroczynnym działaniu miodu, a tu raptem trzeba go odstawić. Odstawiłam. Inne produkty? Mięso i wędliny jadam w ilościach śladowych, więc nie miałam co odstawiać.

Ograniczyłam lody. Słodyczy nie jadam. Zaczęłam jeść bakalie, zwłaszcza migdały. Więcej czosnku, głównie w tabletkach, choć lubię w naturze, ale wiadomo, jakie są tej przyjemności konsekwencje. Zdarzyło mi się raz skonsumować pizze (ser), kilka razy lody, innych grzechów nie pamiętam… podczas tych 2 miesięcy.

Zrobiłam badanie kilka dni przed świętami.

Szłam po odbiór wyników z nadzieją, ale też strachem, że moja determinacja nic nie da. A jednak warto było! Cholesterol całkowity spadł o więcej niż 25 procent (sic!), relacja między dobrym (HDL) i złym (LDL), która w całej tej zabawie jest najważniejsza, zdecydowanie się poprawiła. Byłam przeszczęśliwa. I niech mi nikt nie mówi, że to niemożliwe.

Kiedy prowadziłam swoją batalię z cholesterolem pytałam znajomych o ich doświadczenia. Sporo osób bierze leki i nie musi się martwić dietą. Ale ja tak nie chcę. Nie przekonuje mnie takie podejście, że mogę sobie pozwalać na tłuste i niezdrowe jedzenie, a mój cholesterol będzie w normie, a nawet poniżej normy. To nie jest „prawdziwy” jego poziom, tylko spowodowany łykaniem tabletek. A ja chcę znać kondycję swojego „przeciwnika”, chcę mieć możliwość wpływania na jego wielkość. No i udało się….

Na razie nie mam czasu, aby zajrzeć z najnowszymi wynikami do pani doktor, ale z pewnością nie pozbawię się tej satysfakcji… Gdybym jej posłuchała, już łykałabym tabletki, a ja nadal uważam, że to ostateczność. Mój przykład stanowi kolejny dowód na podejście sporej grupy lekarzy do pacjenta -wypisać receptę i wystarczy. A ja tak nie chcę i już… 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s